Blog > Komentarze do wpisu

Pamiętnik Blumki

Autor: W Nieparyżu, blog: W Nieparyżu

Na kartach tej książki wszystko się splata, zachęcając do dziecięcej uważności i dorosłej egzegezy. Elementy wędrują po stronach, powtarzają się, zmieniają znaczenie. Drzewo z rozłożystą koroną, które przewija się przez karty, na jednej ze stron wyrośnie koroną w dół. Zwyczajnie - odwrócony do góry nogami obrazek, czy nawiązanie do mistycznego Drzewa Życia? Trójkąt szkła z szyby pokrojonej w gwiazdę Dawida kilka stron dalej staje się wieczkiem dziewczęcego "sekretu" - dołka w ziemi, ukrywającego kwiaty. Jeżeli w dzieciństwie mówiliście "chodź, pokażę ci sekret", to właśnie z wami Chmielewska utworzyła wspólnotę czytelników znaków.

Poznana ostatnio, bardzo przeze mnie lubiana za swą twórczość młoda ilustratorka powiedziała, że kupuje sobie książki dla dzieci. Dziś to żaden wstyd, prawda, kidultsi? A i powoli nie snobizm.

Pamiętnik Blumki kupiłam sobie w nagrodę za ciężką pracę. Lubię mieć go w ręku, przyjemność posiadać tę książkę. Postrzegam ją dwuwymiarowo: jako opowieść o Korczaku i jego dzieciach oraz jako jeden z najpiękniejszych do tej pory oglądanych picture booków. 

W książkach obrazkowych (tutaj definicja) ważne są proporcje tekstu i obrazu, dopełnianie się, przenikanie, wzajemne objaśnianie. Tekst bywa esencjonalny, poetycki, aforystyczny. U Chmielewskiej jest nieozdobny, dopełniający obraz. 
Zawsze się zastanawiam, czy estetyzacja, ten dodatkowy walor piękna, dodany do tematu wymagającego delikatnego ujęcia, nie fałszuje go. Podobnie jak poetyckość, rozmywanie znaczeń, surmy grzmiące metafor. W Pamiętniku Blumki uderza mnie takt i subtelność; piękno, które nie przytłacza. Autorska książka Chmielewskiej jest dla mnie najdoskonalszą, najbardziej subtelną opowieścią o żydowskim Domu Sierot na Krochmalnej. Poszczególne obrazy rozkwitają znaczeniami i budzą emocje, mówiąc więcej niż klasyczna narracja.

Urzeka mnie sposób, w jaki Chmielewska wywołuje "dawność". Obok sepii i spłowiałych kolorów, obok cienkiej precyzyjnej kreski atramentem, używa materiałów o niejednolitej fakturze. Przywołuje marmurkowe oprawy książek i takiż papier. Kartka ze starego zeszytu w linie z marginesem może utworzyć latający dywan, menorę albo schody. Chmielewska "słucha" materiału, obserwuje układ linii, czy wzór i do niego dopisuje własne elementy.

Książka jest zapisem życia, sporządzonym przez dziewięcioletnią dziewuszkę. Tak pamiętnik, jak i sama Blumka nie zaistniały naprawdę. Jednak istnienie podobnego pamiętnika nie jest niemożliwe; w Domu Sierot pisało się wiele. Korczak, sam skrzętnie gromadzący  obserwacje, zachęcał dzieci do autorefleksji - prowadzenia osobistych zapisków. Mówią nam o tym Józki, Jaśki i Franki, w których cytował niewprawne próbki dziecięcych wynurzeń, czy prowadzony z pasją Mały Przegląd - pierwsza gazeta, tworzona w pełni przez dzieci. Blumkowego tekstu jest niewiele. Po dziecięcemu prosty, ujmująco staranny: słowa odważone przez małą dziewczynkę, która dostaje jeszcze stopnie za swoje szkolne wypracowania.

Podobnie zdjęcie, przedstawiające dwanaścioro dzieci z Domu Sierot, które opisuje Blumka. W Domu na Krochmalnej był zwyczaj robienia zdjęć grupowych: dzieci w sali, dzieci na podwórku, przy lekcjach, na kajakach. Dlaczego te, a nie inne dzieci? Dlaczego nie wszystkie? Niesprawiedliwość pamięci. Buzie na pierwszym planie wyraźne, a te dalsze stracone nawet dla domysłu. Materialne ślady podwójnej zagłady: Shoah i niepamięci. Tak to już jest z fotografią, najpierw wyrywa przedmiot z siatki zależności (bo fotografia to mgnienie), później przedmiot, do tej pory konkretny, staje się typem, reprezentantem, powoli traci indywidualność. Ktoś zaistniał, bo go sfotografowano. Gdzie jest teraz? Czy nadal istnieje? Kto o nim pamięta? 

Tyle czułości było w Domu na Krochmalnej, ile rozdały dłonie Pani Stefy i Pana Doktora. Opiekunowie starali się nie wyróżniać dzieci. Przytuleń mogło być więcej niż w normalnym sierocińcu, ale wciąż za mało. A pamiętanie? Dwie setki dzieci bieżących można ogarnąć doraźną pamięcią, ale tych dwusetek było w życiu Doktora wiele; szesnastoletnie pisklęta bezwzględnie wypisywane były z Sierocińca, żeby zrobić miejsce kilkulatkom. Dla dziecka z sierocińca Blumkowe zapamiętanie może być więc aktem czułości. I znowu jest tak, że  postacie dzieci u Iwony Chmielewskiej inspirowane są prawdziwymi, które uwiecznił Korczak choćby w Pedagogice żartobliwej. Przy okazji opowieści o dzieciach snuje się opowieść o osobliwych zwyczajach Domu i o Doktorze. 

Ta dziewczynka z krótkimi włosami to Reginka. Kiedyś miała warkocz długi do pasa, ale zachorowała.

Reginka zawsze wygrywa konkursy na najwięcej przeczytanych książek. Co wieczór, gdy leżymy już w łóżkach, prosimy, żeby opowiedziała nam o tym, co przeczytała. Nawet pani wychowawczyni nie umie tak ładnie opowiadać.

  

Szpetny, chłopięcy jeżyk może ujął Regince urody, ale w sypialni wieczorem to ona sprawuje władzę. Piękna metafora tego karmienia opowieściami: schody z książek, po których wędrują dziewuszki w nocnych koszulach. Kilka stron dalej, kiedy poznajemy Hannę, krnąbrną i wyobcowaną dziewczynkę, to właśnie Reginka będzie ją oswajać czułością i podziwem - splatając w warkocz długie włosy Hanny. 

To jest Kocyk. Nikt nie pamięta, jak naprawdę ma na imię.

Kiedy do Domu Sierot przyjechały fury z węglem na zimę, wszyscy pomagaliśmy przy rozładunku. A Kocyk nosił węgiel w nocniku. Nikt się nie śmiał. I wszyscy mówili mu, jaki jest silny i wytrwały. Kocyk ma dopiero pięć lat.

  

Dzieci Chmielewskiej rysowane są z czułością. Ubożuchne, w poskręcanych w obwarzanki pończochach, dziewczynki obcięte na pazia, chłopcy - na jeża. Kocyk, w swoim dziecięcym fartuszku, z rękoma założonymi na plecach, spoglądający z wysokości swoich pięciu lat, jest wzruszający. A jego umorusane dłonie u dołu strony zachęcają, żeby przyłożyć do nich nasze. 
Będzie jeszcze Aron, najlepszy krawiec w Domu Sierot, którego w nocy męczą złe sny. Będzie Szymek, przed pobytem u Doktora młodociany bandyta. Będzie Stasiek, o jednej nodze krótszej, najbardziej lubiane dziecko w Domu.

 

Kiedy Blumka opowiada, stara się o każdym z dzieci powiedzieć coś dobrego. Zupełnie jak Doktor, przekonany o skuteczności zachęcania, nagradzania, wybaczenia, dawania kolejnej szansy. Konkursy w pracach domowych, poszukiwanie aktywności najlepiej rozwijających indywidualne talenty, dyżury, koleżeński sąd - to wszystko stanowiło o osobliwości Domu Sierot, małego państwa sprawiedliwości. Z jednej strony prawo do zabawy, czułości i opieki, z drugiej poszanowanie godności małych i przekonanie, że dziecko potrafi prędko uczyć się i odtwarzać wzorce wspólnoty dorosłych: odpowiedzialność za wspólne dobro, docenianie pracy i prawa. Dom był nie tylko przytuliskiem, był eksperymentem; Korczak wierzył, że można ukształtować pokolenie ludzi odpowiedzialnych, którzy żyć będą nie tylko dla siebie, ale będą zdolni zmieniać rzeczywistość. Jednak Joanna Olczak-Ronikier w biografii Korczaka wspomina gorące dyskusje nad jego programem wychowawczym. Bo co może w życiu czekać żydowskie dziecko karmione herezjami o sprawiedliwości dla wszystkich. O tym, że za dobrą pracę należy oczekiwać godziwej zapłaty.  Albo że w kontaktach z ludźmi wystarczy odwołać się do racjonalności.

Sam Korczak na kartach opowieści jawi się tak.

Bo skłonność do figli przecież nie ujmuje człowiekowi godności, prawda?

  

Wędruje po książce motyw gwiazdy Dawida, wtapia się w znaną rzeczywistość, odciska na niej piętno. Mimo, że Pamiętnik Blumki to opis rzeczywistości przedwojennej, mamy w kącie świadomości Umschlagplatz. Gwiazda Dawida, będąca symbolem przynależności, stanie się symbolem ekskluzji. Wiemy też, że w międzywojniu Mośki, Joski i Srule w społecznym postrzeganiu różniły się od Józków, Jaśków i Franków z Naszego Domu - polskiego sierocińca prowadzonego przez Korczaka wspólnie z Maryną Falską. Dziś bezdyskusyjne jest, że Blumce i jej przyjaciołom należy się czuła uwaga. Ale przecież wówczas nie tak było. Korczak, nieustannie przedstawiając je polskim czytelnikom z imienia, pozbawiał żydowskie dzieci anonimowości. Miało to konkretny cel: pokazać, że dziecko pozbawione jest właściwości budzących wstręt. Że polskie, żydowskie - tak samo nieszcześliwe i godne opieki. Pisze o tym Olczak-Ronikier, o stałych próbach przełamywania oporów przed pomocą Żydom - obcemu elementowi.

poniedziałek, 03 grudnia 2012, avo_lusion
Tagi: W Nieparyżu

Polecane wpisy