Prace konkursowe

poniedziałek, 03 grudnia 2012

Autor: Kraina Czytania, blog: Kraina Czytania

Bądź sobą, szukaj własnej drogi.
Poznaj siebie, zanim zechcesz poznać dzieci.

J. Korczak

Był w moim życiu taki czas, kiedy za sprawą Literatury mogłam przenosić się w czasie i odbywać podróże do różnych miejsc i epok literackich. Niektóre z tych tajemniczych wędrówek po kartach rozmaitych powieści miały miejsce wbrew mojej woli, a innych wyczekiwałam z niecierpliwością. Jednak w miarę upływu czasu zaczynałam się do nich przyzwyczajać, aż w końcu nawet je polubiłam i zaakceptowałam. Dzisiaj chcę powrócić myślami do jednej z moich literackich podróży, która była dla mnie bardzo szczególna.

Kiedy straciłam rodziców, było mi bardzo ciężko. Myślałam, że już nigdy nie będę w stanie pogodzić się z ich odejściem. Przecież byli tacy młodzi i pełni życia. Gdyby nie ktoś bardzo mi bliski, którego imię nie jest w tym momencie najważniejsze, nigdy nie wróciłabym do psychicznej równowagi. Ale w tym wszystkim było coś jeszcze, o czym nigdy nikomu nie opowiadałam. Literatura chyba jednak lepiej ode mnie wiedziała czego mi potrzeba. Tak więc, gdy leżałam w jednym z krakowskich szpitali tuż po wypadku, poobijana i ze złamaną nogą, jakąś tajemniczą siłą zostałam przeniesiona do krainy, w której władzę sprawował pewien mały chłopiec. Choć liczył sobie tak niewiele lat, to jednak spoczywała na nim ogromna odpowiedzialność. Podobnie jak ja, on także stracił rodziców, dlatego musiał przejąć ich obowiązki. Kiedy go poznałam był już królem. Był królem, który za wszelką cenę pragnął, aby w jego królestwie to właśnie dzieci były najważniejsze i najszczęśliwsze. Dlatego w swoim państwie zaproponował wprowadzenie reform, na mocy których chciał oddać władzę w ręce Najmłodszych. Chłopcu temu na imię było Maciuś.

Z powodu złamanej nogi, z trudem przemierzałam komnaty jego pałacu, jednocześnie zastanawiając się czy gdzieś tutaj spotkam człowieka, który go stworzył. Człowieka z ogromną charyzmą i siłą ducha, który uparcie twierdził, że nie ma dzieci, a są ludzie. Człowieka, który stworzył swój własny kodeks praw dziecka i nakazywał jego przestrzeganie. Ponieważ w krainie Literatury wszystko było możliwe, nie zdziwiłam się, kiedy zupełnie niespodziewanie tuż obok mnie, mojego Towarzysza i Maciusia pojawił się ten, o którym myślałam, stojąc po środku królewskiego pałacu. Sądziłam, że oto moja podróż dobiegła końca, ponieważ niemal zawsze spotkanie pisarza kończyło moją wędrówkę. Dopóki byłam w towarzystwie jedynie literackiego bohatera, mogłam być spokojna o to, że nie wrócę do domu tak szybko. Lecz tym razem było inaczej. Stary Doktor, bo o nim mowa, wykonał gest, który zrozumieliśmy jako zachętę do podążania za nim.

Mały Maciuś, który jeszcze do niedawna nie opuszczał nas na krok, nagle gdzieś znikł. Zostałam tylko ja, mój Towarzysz i Janusz Korczak. Mój Przyjaciel wziął mnie na ręce, ponieważ złamana noga skutecznie utrudniała mi swobodne poruszanie się. Bez słowa ruszyliśmy za Korczakiem, który lekko przygarbiony skierował swoje kroki ku pałacowym drzwiom. Opuszczając bajkową posiadłość Maciusia byłam przekonana, że na zewnętrz powita nas piękny ogród z fontannami tryskającymi wodą i dziesiątkami kwitnących kwiatów. Tak przynajmniej zawsze wyobrażałam sobie pałacowe ogrody. Lecz stało się inaczej. Naszym oczom ukazała się Warszawa z początku dwudziestego wieku. Tuż przed nami wznosił się trzypiętrowy nowoczesny, jak na tamte czasy, gmach. Ulicą właśnie przejechał czerwony tramwaj, a w ślad za nim dorożka. Zrozumiałam, że stoję przed Domem Sierot. O ile dobrze pamiętałam, z chwilą przyjęcia pierwszych wychowanków budynek wyposażony był już w elektryczną pralnię i centralne ogrzewanie, a w swoich murach mógł pomieścić ponad sto osieroconych dzieci. O tym, co kryje wielki biały budynek przy Krochmalnej 92 miałam przekonać się już za chwilę.

Korczak, podobnie jak ja w domu dziadków w Krakowie, również zajmował pokój na poddaszu. Żal mi było mojego Towarzysza, który w dalszym ciągu niósł mnie na rękach. Nie ważyłam zbyt dużo, ale jednak wspinaczka po schodach, aby móc pokonać aż trzy piętra, musiała choć trochę nadwyrężyć jego siły. Spojrzałam na niego, ale on jedynie nieznacznie się uśmiechnął, nie wypowiadając ani jednego słowa skargi. Kiedy przeszliśmy przez drzwi z żelaznej kraty, otoczył nas półmrok, w którym niewyraźnie dostrzegliśmy drewniane drzwi. Lecz skoro tylko nasz przewodnik otworzył je przed nami, naszym oczom ukazał się jasny i obszerny pokój, gdzie przez weneckie okno wpadały promienie wiosennego słońca. Mój Towarzysz wreszcie pozwolił mi stanąć na własnych nogach, a ja natychmiast zaczęłam rozglądać się wokół. W pokoju nie było niczego, co mogłoby być tutaj niepotrzebne. Zobaczyłam stół, a na nim zdjęcie jakiejś kobiety.

– To moja matka – wyjaśnił Korczak, kiedy dostrzegł, że z zainteresowaniem przyglądam się fotografii.

Było tam też żelazne łóżko. Na ścianach nie zauważyłam żadnych obrazów. Z lewej strony drzwi stał regał, a właściwie szafa wypełniona papierami. Zapewne Korczak przechowywał w niej swoje cenne zapiski. Jednak tym, co najbardziej mnie zdumiało, była bryłka wykonana chyba z plasteliny, a w niej od góry do dołu tkwiły małe białe kostki.

– To mleczne zęby moich wychowanków – powiedział Stary Doktor, dostrzegając jak po raz kolejny z zaciekawieniem wpatruję się w skarby zgromadzone na stole.

– Aha… – odpowiedziałam zaskoczona, przypominając sobie, że ja swoje mleczne zęby przez długi czas trzymałam ukryte w niewielkiej buteleczce po jakimś lekarstwie.

To, co wydarzyło się potem zupełnie mnie zaskoczyło. Okazało się, że Stary Doktor zaprosił nas do siebie na poddasze, aby porozmawiać ze mną o swoim życiu i pracy. Chyba wiedział, że wszelkie informacje, które od niego usłyszę, nie zachowam jedynie dla siebie. Był niemal pewien, że przekażę je dalej i tym samym sprawię, że pamięć o nim będzie wciąż żywa. Tak więc zasiadłam za jego stołem, czując jak mocno bije mi serce. To było dla mnie ogromne wyróżnienie. Przede mną leżała już czysta kartka papieru, na której wiecznym piórem miałam zapisywać słowa, które wychodziły z ust Starego Doktora. Korczak zdjął płaszcz i usiadł na swoim żelaznym łóżku obok mojego Towarzysza. Wiedziałam, że jest gotowy odpowiedzieć na każde moje pytanie. I tak oto przeprowadziłam pierwszy w swoim życiu wywiad.

Weronika Świtalska: Janusz Korczak to Pana pseudonim literacki. Pana prawdziwe nazwisko brzmi Henryk Goldszmit. Skąd pomysł na taki właśnie pseudonim?

Janusz Korczak: Imię dostałem po dziadku, a ten pseudonim narodził się przez przypadek jeszcze w latach mojej młodości. Pamiętam, jak posyłałem na konkurs swój dramat pod tytułem „Którędy?”. Szukając w myślach jakiegoś godła, wzrok mój padł na książkę Kraszewskiego traktującą o Janaszu Korczaku. Książka leżała na stole tuż przed moimi oczami. Zawarłem to nazwisko w rękopisie, a zecer zamienił imię „Janasz” na „Janusz” i tak jest do dziś.

Weronika Świtalska: Odnoszę wrażenie, że jest Pan pisarzem niezwykle płodnym i zarazem oryginalnym. Na czym polega specyfika Pana twórczości?

Janusz Korczak: Moja praca literacka polega na bezustannej obserwacji otaczającego świata. Stale gromadzę wszelkie informacje, zapisując je w zeszytach. Moje bruliony pełne są notatek, a także planowanych i zaczętych utworów. W moim życiu literatura zajmuje sporo miejsca, lecz w zetknięciu z życiem, które po brzegi wypełnione jest wszelkiego rodzaju przymusami, mój zapał twórczy bardzo często zamienia się w zniechęcenie. Swoją drogę literacką przemierzam samotnie. Nie należę do żadnego ugrupowania, a z braku czasu nie śledzę nawet najnowszych prądów literackich.

Weronika Świtalska: W 1921 roku w broszurze „O gazetce szkolnej” zawarł Pan takie oto słowa: „Wierzę mocno w potrzebę pism dla dzieci i młodzieży; ale takich pism, których współpracownikami będą one same, które by poruszały tematy ważne i ciekawe dla nich”. Czy mógłby Pan nieco szerzej rozwinąć swój pogląd?

Janusz Korczak: Urzeczywistnienie tej koncepcji rozpocząłem bardzo wcześnie na terenie wszystkich moich sierocińców. Cotygodniowa gazetka jest bardzo ważnym elementem życia moich wychowanków. Emocje towarzyszące pisaniu i ceremonia odczytywania tekstów daje dzieciom wiele wzruszeń, a wychowawcom dostarcza potrzebnych informacji. Gazetkę dzieci piszą wraz z kierownikami. Ja sam staram się nie opuszczać żadnej okazji, aby moc napisać tygodniowy artykuł wstępny. Jednak trzeba pamiętać, że dorośli nie powinni zbyt mocno angażować się w życie pisma. Stanowczo im to odradzam i staram się ograniczać ich wpływ odnośnie do dziecinnych wypowiedzi.

Weronika Świtalska: Czy otwierając Dom Sierot miał Pan już gotowy, wypracowany przez siebie system wychowawczy, który wystarczyło jedynie wcielić w życie?

Janusz Korczak: Nic podobnego. Dysponowałem jedynie pewnymi przemyśleniami w tej dziedzinie, może jakimiś ogólnymi zasadami, w jaki sposób należy postępować z dziećmi. W 1912 roku byłem już bogaty w pewne doświadczenia, jednak swój własny system wciąż tworzę, stale go korygując i dopasowując do określonej sytuacji, a czasami nawet do konkretnego dziecka. Bo przecież każde dziecko wymaga indywidualnego podejścia, dlatego nie wolno niczego generalizować. Dziecko należy postrzegać poprzez jego rozwój, szukając takich metod oddziaływania, które będą skuteczne akurat w tych, a nie innych warunkach.

Weronika Świtalska: W 1903 roku rozpoczął Pan pracę jako lekarz w niewielkim szpitalu dziecięcym przy ulicy Śliskiej w Warszawie. Jednak ta ustabilizowana egzystencja lekarska nie trwała zbyt długo. Dlaczego?

Janusz Korczak: Moją praktykę lekarską w tamtym okresie przerwał wybuch wojny rosyjsko-japońskiej, i jako poddany rosyjski zostałem powołany do wojska. Jednak przed wyjazdem na front, udało mi się jeszcze uczestniczyć w zaczynających się właśnie rozruchach robotniczych, opatrując jednego z rannych uczestników demonstracji. A potem przyszedł czas, kiedy całkowicie dojrzałem do oddania się pracy wychowawczej. Ta moja przemiana następowała bardzo powoli i stopniowo. Jeszcze podczas pierwszej wojny światowej byłem ordynatorem lazaretu dywizyjnego, a potem leczyłem w wojskowym szpitalu epidemicznym w Łodzi oraz w szpitalu na Kamionku w Warszawie. W tym czasie doznałem też wielkiej osobistej straty. W szpitalu zaraziłem się tyfusem. Aby nie narażać dzieci na niebezpieczeństwo choroby, zamieszkałem z matką, która nie bacząc na ryzyko choroby, pielęgnowała mnie najlepiej jak potrafiła. Niestety, ale jako lekarz poniosłem na tym polu klęskę. Przez swoją nieroztropność doprowadziłem do tego, że matka zaraziła się tyfusem i zmarła. Zatajono przede mną ten fakt do chwili, aż stan mojego zdrowia uległ poprawie. Jej martwe ciało wyniesiono z mieszkania tylnymi schodami, aby nie wzbudzać moich podejrzeń.

Weronika Świtalska: To bardzo przykre…

Janusz Korczak: Tę stratę odczułem bardzo głęboko. Byłem na granicy depresji. Bardzo często nachodziły mnie myśli samobójcze. Odwiedzając grób matki, zawsze miałem przy sobie pastylki sublimatu i morfinę. Mój plan samobójstwa był precyzyjnie obmyślony. To nagłe sieroctwo odczułem jak własną winę. Do tego dochodziło jeszcze beznadziejne sieroctwo moich dzieci. Traktowałem to jako osobistą bezsilność. Był to oczywisty powód mojej rozpaczy.

Weronika Świtalska: Powróćmy do Pana pracy wychowawczej. Co ostatecznie zadecydowało o całkowitym poświęceniu się osieroconym dzieciom?

Janusz Korczak: To był rok 1909. Wtedy to zostałem zaproszony przez panią Eliasbergową na uroczystość upamiętniającą osobę Marii Konopnickiej. Było to w przytułku dla sierot żydowskich przy ulicy Franciszkańskiej. Schronisku patronowało wtedy towarzystwo opiekuńcze o nazwie Pomoc dla Sierot, gdzie jednym z działaczy był doktor Eliasberg. To właśnie ta wizyta w schronisku sprawiła, że ostatecznie podjąłem decyzję o poświęceniu się dzieciom. Wówczas otrzymałem propozycję prowadzenia zajęć z dziećmi, którą przyjąłem bez wahania.

Weronika Świtalska: Tutaj, w Domu na Krochmalnej, pracuje z Panem także pani Stefania Wilczyńska. Jaką rolę pani Stefa pełni w sierocińcu?

Janusz Korczak: Stefa, podobnie jak ja, rozpoczęła pracę wychowawczą jeszcze na Franciszkańskiej, a potem opuściła zamożny dom rodzinny i wprowadziła się na Krochmalną. To właśnie Stefie Dom Sierot zawdzięcza ocalenie w trudnych latach pierwszej wojny światowej, kiedy cierpieliśmy głód i epidemię tyfusu. Przebywałem wtedy na froncie, a Stefa stała się najwierniejszą strażniczką moich reguł wychowawczych. Jest stale obecna w życiu dzieci. Jest dla nich jak matka.

Weronika Świtalska: Wiadomo, że jest Pan znakomitym pedagogiem, praktykiem i teoretykiem wychowania. Jest Pan także autorem książek dla dzieci, a do tego jest Pan również lekarzem i wielkim społecznikiem. Do tej długiej listy Pana profesji należałoby jeszcze dodać zawód „dramaturg”. Jak naprawdę jest z tym teatrem w Pana przypadku?

Janusz Korczak: Mój stosunek do teatru jest dość osobliwy. Z jednej strony publicznie manifestuję swoją niechęć i pogardę dla teatru, a z drugiej żywię do niego swego rodzaju nie odwzajemnioną sympatię, a wręcz miłość. Pamiętam, jak w 1930 roku w mieszkaniu Ireny Solskiej spotkałem Stefana Jaracza i Stanisławę Perzanowską. Jaracz, jako dyrektor teatru Ateneum, natychmiast zainteresował się moją bajką pod tytułem „Jak Pan Bóg ze świątyni w te dyrdy uciekał”. Miałem co do tej bajki pewne plany. Traktowałem ją jako fragment zamierzonej sztuki. Kiedy w końcu ukończyłem tę sztukę, Jaracz zdecydował się wprowadzić ją na scenę w Ateneum. Sztuka miała swoją premierę 1 października 1931 roku i nosiła tytuł „Senat szaleńców”, jednak nie zdobyła ona uznania publiczności…

Teraz wiem, że ten wywiad nie był kompletny, bo przecież mogłam jeszcze zapytać Starego Doktora o tak wiele rzeczy, które w tamtym momencie cisnęły mi się na usta. Mogłam jeszcze zapytać Korczaka o jego słynne Gadaninki radiowe, które rozpoczął w 1935 roku, czyli praktycznie w chwili naszego spotkania. Jednak trzeba było wracać do domu, a właściwie do szpitala, w którym wtedy leżałam. Mój Towarzysz zaczynał się już niecierpliwić. On wiedział, że nasz czas w Domu Sierot dobiegł końca. Lecz zanim już na zawsze opuściliśmy mury Domu na Krochmalnej, Korczak pozwolił nam poznać niektórych z jego wychowanków. To, co najbardziej mnie ujęło, to fakt, że garnęły się do niego przede wszystkim dzieci, które dzisiaj zostałyby uznane za „trudne wychowawczo”. Wtedy pomyślałam, że gdybym żyła w tamtej epoce i nie miała rodziny, po śmierci rodziców również trafiłabym do Domu Sierot i znalazła się wśród tych wszystkich Jaśków, Franków, Helenek i Józków. Ale ja miałam do kogo wracać. Na mnie czekali dziadkowie i brat.

I tak oto ja i mój Towarzysz pożegnaliśmy Starego Doktora i jego rozkrzyczanych wychowanków traktujących Korczaka jak ojca. Już zawsze będę mieć w pamięci jego obraz. Nigdy nie zapomnę nieco pochylonej postaci w szarym ubraniu i okularach z zarostem na poważnej twarzy. Wtedy myślałam, że smutne i nieco gniewne spojrzenie Starego Doktora wymierzone we mnie jest czymś w rodzaju oskarżenia. Bo to przecież niejako z mojej winy rodzice zginęli. Lecz po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że się myliłam. Korczak doskonale wiedział, co go czeka. Wiedział, że właśnie wkracza w przedśmiertne lata swojego życia i stąd ten smutek. Być może przeczuwał, że trafi do Getta Warszawskiego, a potem już tylko na śmierć. Tego nigdy się nie dowiem.

Od tamtej pory starałam się zbliżyć do Korczaka poprzez literaturę, ponieważ czułam, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Łączyło nas przede wszystkim to, że obydwoje obwinialiśmy się o śmierć naszych rodziców. Wtedy też zrozumiałam, ile tak naprawdę dla Korczaka znaczyła fotografia jego matki, która zajmowała na jego stole honorowe miejsce. Odniosłam wrażenie, że Stary Doktor nigdy nie wyzbył się tego wszechogarniającego poczucia winy. Moje poszukiwania Korczaka na kartach książek doprowadziły w końcu do tego, że niedawno trafiłam na przepiękną książeczkę o Starym Doktorze zatytułowaną Jest taka historia. Opowieść o Januszu Korczaku. Książeczka jest przeznaczona dla dzieci i opowiada o wychowankach Domu Sierot i ich ukochanym opiekunie. Napisała ją Beata Ostrowiecka, a ilustracjami ubogaciła Jola Richter-Magnuszewska. Książeczka ukazała się nakładem Wydawnictwa Literatura. Jej bohaterami są pewien Jasiek z trzeciej „c” i jego babcia o imieniu Frania, która zwykła mu opowiadać o ukochanym „Panudoktorze”. Babcia Frania była jedną z wychowanek Domu Sierot przy ulicy Krochmalnej 92. Swoją historię opowiadała Jaśkowi tak wiele razy, że w końcu chłopiec nauczył się jej na pamięć. Może wtedy, gdy wraz z moim Towarzyszem odwiedziłam Korczaka, spotkałam tam babcię Franię? Dziś nie umiem sobie tego przypomnieć. Lecz wiem jedno. Książeczka opowiada piękną i zarazem wzruszającą historię, która doskonale upamiętnia osobę tego Wielkiego Pedagoga i Przyjaciela Dzieci.


Weronika Świtalska jest postacią całkowicie fikcyjną, stworzoną na potrzeby blogowej powieści pod tytułem Literackie podróże Weroniki [klik]. Wywiad z Januszem Korczakiem nigdy nie został przeprowadzony, lecz wszelkie informacje w nim zawarte są jak najbardziej autentyczne i pochodzą z materiałów bibliograficznych. Pozycja książkowa polecana przez Weronikę również jest autentyczna.


prawa autorskie zastrzeżone
(możliwość kopiowania tekstu tylko i wyłącznie w ramach Konkursu)

Autor: W Nieparyżu, blog: W Nieparyżu

Na kartach tej książki wszystko się splata, zachęcając do dziecięcej uważności i dorosłej egzegezy. Elementy wędrują po stronach, powtarzają się, zmieniają znaczenie. Drzewo z rozłożystą koroną, które przewija się przez karty, na jednej ze stron wyrośnie koroną w dół. Zwyczajnie - odwrócony do góry nogami obrazek, czy nawiązanie do mistycznego Drzewa Życia? Trójkąt szkła z szyby pokrojonej w gwiazdę Dawida kilka stron dalej staje się wieczkiem dziewczęcego "sekretu" - dołka w ziemi, ukrywającego kwiaty. Jeżeli w dzieciństwie mówiliście "chodź, pokażę ci sekret", to właśnie z wami Chmielewska utworzyła wspólnotę czytelników znaków.

Poznana ostatnio, bardzo przeze mnie lubiana za swą twórczość młoda ilustratorka powiedziała, że kupuje sobie książki dla dzieci. Dziś to żaden wstyd, prawda, kidultsi? A i powoli nie snobizm.

Pamiętnik Blumki kupiłam sobie w nagrodę za ciężką pracę. Lubię mieć go w ręku, przyjemność posiadać tę książkę. Postrzegam ją dwuwymiarowo: jako opowieść o Korczaku i jego dzieciach oraz jako jeden z najpiękniejszych do tej pory oglądanych picture booków. 

W książkach obrazkowych (tutaj definicja) ważne są proporcje tekstu i obrazu, dopełnianie się, przenikanie, wzajemne objaśnianie. Tekst bywa esencjonalny, poetycki, aforystyczny. U Chmielewskiej jest nieozdobny, dopełniający obraz. 
Zawsze się zastanawiam, czy estetyzacja, ten dodatkowy walor piękna, dodany do tematu wymagającego delikatnego ujęcia, nie fałszuje go. Podobnie jak poetyckość, rozmywanie znaczeń, surmy grzmiące metafor. W Pamiętniku Blumki uderza mnie takt i subtelność; piękno, które nie przytłacza. Autorska książka Chmielewskiej jest dla mnie najdoskonalszą, najbardziej subtelną opowieścią o żydowskim Domu Sierot na Krochmalnej. Poszczególne obrazy rozkwitają znaczeniami i budzą emocje, mówiąc więcej niż klasyczna narracja.

Urzeka mnie sposób, w jaki Chmielewska wywołuje "dawność". Obok sepii i spłowiałych kolorów, obok cienkiej precyzyjnej kreski atramentem, używa materiałów o niejednolitej fakturze. Przywołuje marmurkowe oprawy książek i takiż papier. Kartka ze starego zeszytu w linie z marginesem może utworzyć latający dywan, menorę albo schody. Chmielewska "słucha" materiału, obserwuje układ linii, czy wzór i do niego dopisuje własne elementy.

Książka jest zapisem życia, sporządzonym przez dziewięcioletnią dziewuszkę. Tak pamiętnik, jak i sama Blumka nie zaistniały naprawdę. Jednak istnienie podobnego pamiętnika nie jest niemożliwe; w Domu Sierot pisało się wiele. Korczak, sam skrzętnie gromadzący  obserwacje, zachęcał dzieci do autorefleksji - prowadzenia osobistych zapisków. Mówią nam o tym Józki, Jaśki i Franki, w których cytował niewprawne próbki dziecięcych wynurzeń, czy prowadzony z pasją Mały Przegląd - pierwsza gazeta, tworzona w pełni przez dzieci. Blumkowego tekstu jest niewiele. Po dziecięcemu prosty, ujmująco staranny: słowa odważone przez małą dziewczynkę, która dostaje jeszcze stopnie za swoje szkolne wypracowania.

Podobnie zdjęcie, przedstawiające dwanaścioro dzieci z Domu Sierot, które opisuje Blumka. W Domu na Krochmalnej był zwyczaj robienia zdjęć grupowych: dzieci w sali, dzieci na podwórku, przy lekcjach, na kajakach. Dlaczego te, a nie inne dzieci? Dlaczego nie wszystkie? Niesprawiedliwość pamięci. Buzie na pierwszym planie wyraźne, a te dalsze stracone nawet dla domysłu. Materialne ślady podwójnej zagłady: Shoah i niepamięci. Tak to już jest z fotografią, najpierw wyrywa przedmiot z siatki zależności (bo fotografia to mgnienie), później przedmiot, do tej pory konkretny, staje się typem, reprezentantem, powoli traci indywidualność. Ktoś zaistniał, bo go sfotografowano. Gdzie jest teraz? Czy nadal istnieje? Kto o nim pamięta? 

Tyle czułości było w Domu na Krochmalnej, ile rozdały dłonie Pani Stefy i Pana Doktora. Opiekunowie starali się nie wyróżniać dzieci. Przytuleń mogło być więcej niż w normalnym sierocińcu, ale wciąż za mało. A pamiętanie? Dwie setki dzieci bieżących można ogarnąć doraźną pamięcią, ale tych dwusetek było w życiu Doktora wiele; szesnastoletnie pisklęta bezwzględnie wypisywane były z Sierocińca, żeby zrobić miejsce kilkulatkom. Dla dziecka z sierocińca Blumkowe zapamiętanie może być więc aktem czułości. I znowu jest tak, że  postacie dzieci u Iwony Chmielewskiej inspirowane są prawdziwymi, które uwiecznił Korczak choćby w Pedagogice żartobliwej. Przy okazji opowieści o dzieciach snuje się opowieść o osobliwych zwyczajach Domu i o Doktorze. 

Ta dziewczynka z krótkimi włosami to Reginka. Kiedyś miała warkocz długi do pasa, ale zachorowała.

Reginka zawsze wygrywa konkursy na najwięcej przeczytanych książek. Co wieczór, gdy leżymy już w łóżkach, prosimy, żeby opowiedziała nam o tym, co przeczytała. Nawet pani wychowawczyni nie umie tak ładnie opowiadać.

  

Szpetny, chłopięcy jeżyk może ujął Regince urody, ale w sypialni wieczorem to ona sprawuje władzę. Piękna metafora tego karmienia opowieściami: schody z książek, po których wędrują dziewuszki w nocnych koszulach. Kilka stron dalej, kiedy poznajemy Hannę, krnąbrną i wyobcowaną dziewczynkę, to właśnie Reginka będzie ją oswajać czułością i podziwem - splatając w warkocz długie włosy Hanny. 

To jest Kocyk. Nikt nie pamięta, jak naprawdę ma na imię.

Kiedy do Domu Sierot przyjechały fury z węglem na zimę, wszyscy pomagaliśmy przy rozładunku. A Kocyk nosił węgiel w nocniku. Nikt się nie śmiał. I wszyscy mówili mu, jaki jest silny i wytrwały. Kocyk ma dopiero pięć lat.

  

Dzieci Chmielewskiej rysowane są z czułością. Ubożuchne, w poskręcanych w obwarzanki pończochach, dziewczynki obcięte na pazia, chłopcy - na jeża. Kocyk, w swoim dziecięcym fartuszku, z rękoma założonymi na plecach, spoglądający z wysokości swoich pięciu lat, jest wzruszający. A jego umorusane dłonie u dołu strony zachęcają, żeby przyłożyć do nich nasze. 
Będzie jeszcze Aron, najlepszy krawiec w Domu Sierot, którego w nocy męczą złe sny. Będzie Szymek, przed pobytem u Doktora młodociany bandyta. Będzie Stasiek, o jednej nodze krótszej, najbardziej lubiane dziecko w Domu.

 

Kiedy Blumka opowiada, stara się o każdym z dzieci powiedzieć coś dobrego. Zupełnie jak Doktor, przekonany o skuteczności zachęcania, nagradzania, wybaczenia, dawania kolejnej szansy. Konkursy w pracach domowych, poszukiwanie aktywności najlepiej rozwijających indywidualne talenty, dyżury, koleżeński sąd - to wszystko stanowiło o osobliwości Domu Sierot, małego państwa sprawiedliwości. Z jednej strony prawo do zabawy, czułości i opieki, z drugiej poszanowanie godności małych i przekonanie, że dziecko potrafi prędko uczyć się i odtwarzać wzorce wspólnoty dorosłych: odpowiedzialność za wspólne dobro, docenianie pracy i prawa. Dom był nie tylko przytuliskiem, był eksperymentem; Korczak wierzył, że można ukształtować pokolenie ludzi odpowiedzialnych, którzy żyć będą nie tylko dla siebie, ale będą zdolni zmieniać rzeczywistość. Jednak Joanna Olczak-Ronikier w biografii Korczaka wspomina gorące dyskusje nad jego programem wychowawczym. Bo co może w życiu czekać żydowskie dziecko karmione herezjami o sprawiedliwości dla wszystkich. O tym, że za dobrą pracę należy oczekiwać godziwej zapłaty.  Albo że w kontaktach z ludźmi wystarczy odwołać się do racjonalności.

Sam Korczak na kartach opowieści jawi się tak.

Bo skłonność do figli przecież nie ujmuje człowiekowi godności, prawda?

  

Wędruje po książce motyw gwiazdy Dawida, wtapia się w znaną rzeczywistość, odciska na niej piętno. Mimo, że Pamiętnik Blumki to opis rzeczywistości przedwojennej, mamy w kącie świadomości Umschlagplatz. Gwiazda Dawida, będąca symbolem przynależności, stanie się symbolem ekskluzji. Wiemy też, że w międzywojniu Mośki, Joski i Srule w społecznym postrzeganiu różniły się od Józków, Jaśków i Franków z Naszego Domu - polskiego sierocińca prowadzonego przez Korczaka wspólnie z Maryną Falską. Dziś bezdyskusyjne jest, że Blumce i jej przyjaciołom należy się czuła uwaga. Ale przecież wówczas nie tak było. Korczak, nieustannie przedstawiając je polskim czytelnikom z imienia, pozbawiał żydowskie dzieci anonimowości. Miało to konkretny cel: pokazać, że dziecko pozbawione jest właściwości budzących wstręt. Że polskie, żydowskie - tak samo nieszcześliwe i godne opieki. Pisze o tym Olczak-Ronikier, o stałych próbach przełamywania oporów przed pomocą Żydom - obcemu elementowi.

Autor: przedwieczna_sledziona, blog: k. sięga rzeczy ostatnich i pierwszych

powłóczył nogami żelazno i smoczo
król Maciuś Ostatni -
ostatni tego lata król,
szły hufce z nim nieprzebrane -
strojny niebiesko dwór,
wiedzeni skrzypcową tęskną melodią
smyka nadwornego ostatnim łkaniem

śmieją się śliczni i źli chłopcy:
gutn tog, pan król Maciuś!
gutn tog, kinig Goldszmit!
śliczni i źli chłopcy w swych
czysto-ciemnych uniformach,
z błyskami podwójnych piorunów Thora,
w zimnych jak Walhalla spojrzeniach,
prowadzą drogą króla ze świtą
plują , szturchają , strzelają
i czynią im różne inne takie
chłopackie psikusy

co złego im zrobiłem ?
mamrocze pod wąsem król Maciuś
co złego zrobiłem -
tym wszystkim okrutnym bachorom?
czemu ich oczy wbijają bagnety
w serca moje i dworzan mych
a glanc świecące buty
tak raźno rozdają kopniaki?

stoi na placu lokomotywa
ciężka, potworna ...
z twarzy krew spływa ...

specjalny pociąg
królewski zaprzęg
dla monarchy i jego świty...
już za chwilę, gdy opadnie
roztańczony sierpniem, co gęści gęsi śnieg,
ruszy sapiąca i spocona karawana
ku niebu,
ku rozjarzonym w ciemnościach
sześcioramiennym słońcom...

ojf widerzejn, stary król Maciuś!
ojf widerzejn na bezludnych wyspach!


Moje dzieciństwo i młodzieńczość upłynęły na Muranowie. Dziesięciopietrowy blok, w którym mieszkałem, postawiono na terenie dawnej Gęsiówki - na Anielewicza (wtedy Gęsia), róg Smocza.

Gęsiówka. Przed wojną więzienie. W czasie wojny obóz koncentracyjny, wyzwolony w pierwszych dniach Powstania przez batalion "Zośka". Po wojnie obóz NKWD, w którym katowano tych, co go w 44tym wyzwalali. Dlatego nigdy nas o tym miejscu nie uczono. To miejsce było tak silnie naładowane energią cierpienia, że przez całe dzieciństwo śniły mi się tam koszmary - w ścianach, w miejscu czaił się potworny strach.

Muranów - przed wojną zwarta zabudowa żydowskiej dzielnicy, w czasie wojny getto, po wojnie kamienna pustynia, na której wzniesiono nowe, głównie socrealistyczne osiedla.

5 sierpnia 1942 sprzed Resursy Kupieckiej przy Śliskiej (w pobliżu ówczesnej siedziby Domu Sierot przy Siennej) wyruszył pochód. Szli ulicami Muranowa, być może Smoczą, mijając mury Gęsiówki. Celem marszu był Umschlagplatz. Potem pociąg. A pociągiem do Treblinki. A stamtąd ... to już kwestia tzw. indywidualnego światopoglądu.

W marszu brali udział mieszkańcy Małego Getta eskortowani przez niemieckich, ukraińskich i łotewskich ss-manów. A w śród nich szli mieszkańcy Domu Sierot. Szedł też Janusz Korczak. Tego dnia wywieziono ich do Treblinki. Następnego dnia już nie żyli.


(obrazek za portalem Wikipedia)

Na Marysinie Wawerskim, gdzie teraz mieszkam, przed wojną Korczak zbudował internat Stowarzyszenia Pomocy dla Sierot.

Ulica, przy której znajduje się mój dom, nosi nazwę Starego Doktora.

... 

Jedną z pierwszych książek, którą jako dziecko dostałem i przeczytałem był Król Maciuś Pierwszy, z niezwykle pięknymi i niezmiernie smutnymi ilustracjami Jerzego Srokowskiego.


(obrazek za portalem "Antykwariat Humanitas")

Mamy właśnie Rok Korczaka. 70 lat temu Stary Doktor został zamordowany.

Blog Książki Zbójeckie ogłosił konkurs na tekst o Korczaku.

To wszystko niech będzie usprawiedliwieniem wiersza, który ośmieliłem się na ten temat popełnić i tu opublikować.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19