Prace konkursowe

sobota, 18 sierpnia 2012
Autor: Dorota Wolanin, blog: Co jest za zakrętem?

Międzynarodowa Federacja „Le Droit Humain”. Loża "Gwiazda Morza". Janusza Korczaka i Wolnomularzy działania na rzecz zburzenia barier religijnych i narodowych, rozwój duchowy jednostki, jej doskonalenie i braterstwo ludzi o różnych wyznaniach, poszukiwania prawdy przy jednoczesnym zachowaniu szacunku dla drugiego człowieka.

Taki miałam sen...

Przypadek???

To nawet nie był sen...

Taki był klimat tamtej epoki.

A my, współcześni, zbudowaliśmy zbyt wiele barier.

Sejm ogłosił rok 2012 Rokiem Janusza Korczaka. I Bogu dzięki. Pracując z młodzieżą, która pragnie mieć horyzonty godne człowieka odrodzenia, mimo woli zrobiłam przerażające statystyki. Współczesna młodzież licealna (!) nic nie wie o Januszu Korczaku. W klasach liczących średnio 28 osób co najwyżej 1 (słownie: jedna) osoba miała blade pojęcie o tym wielkim humaniście. Blade, to znaczy blade. Jedna uczennica, zanim przyszła do ogólniaka uczęszczała do szkoły noszącej imię tego wielkiego Człowieka. Spośród ponad 550 uczestników integracji, podczas których pracowałam dwa lata temu w oparciu o autorski program nt. Janusza Korczaka i Konwencji o Prawach Dziecka, ona jedna potrafiła sporo powiedzieć o tym niezwykłym Człowieku.

Haszomer Hacair - żydowska organizacja o charakterze skautowym, którą wespół z 15 innymi osobami zakładał w Wiedniu doktor Goldszmit z Warszawy.
Tego faktu z życiorysu Janusza Korczaka nie znałam.

Miałam sen, którego wspomnienie przemknęło mi przez ułamek chwili i już nic z niego nie pamiętam. Myśli nakładają się jedna na drugą. Realne i prawdopodobne zdarzenia przemieszane są ze wspomnieniami, które pojawiają się w mojej głowie i nie potrafię odróżnić ich od rzeczywistości. Sceny przewijają się jak w filmie. Jakbym przeżywała już kiedyś pisanie tego tekstu i całego Roku Janusza Korczaka. Wszystkich działań z nim związanych i inicjowanych przeze mnie i innych. Jakbym zaznała zwierzęcego lęku o życie w tragicznych dniach, zamienionych w lata podczas okupacji hitlerowskiej, holocaustu, nieliczenia się z ludzkim życiem. Na pamięć przychodzą mi jakby sceny z filmu, w którym na żywo brałam udział i doświadczałam wszystkiego, jak w realnym świecie. I mam świadomość, że pisząc, muszę patrzeć na klawiaturę, bo jeśli spojrzę na ekran komputera lub w bok, wszystko umknie i zgubię tę nić, która z niepamięci jawy sennej prowadzi mnie do jakiejś tajemnej wiedzy, której na pewno nie zaznałam w realnym świecie. Choć sen, o którym piszę, bardziej zdaje mi się przeżytym życiem, niż snem. Byłam w nim równocześnie Doktorem Korczakiem, jak i jego podopiecznym. I to nie jednym, a pewnie wieloma jednocześnie. Byłam i człowiekiem z zewnątrz, który był w samym centrum wydarzeń, będąc niewolnikiem niemocy. Jakby jego ręce i myśli spętane były, niczym moje we śnie. Nie śniłam, wiem to na pewno, a przeżywałam, dzięki zrządzeniu niewyjaśnionych zdolności pracy mózgu podczas, gdy umysł śpi. Byłam w gettcie warszawskim i wraz ze Starym Doktorem i jego dziećmi podążałam w Ostatnim Marszu do transportu do obozu zagłady, do Treblinki. Pamiętam ten wymarsz, jak na uroczystą akademię. Któreś z dzieci niosło flagę bezludnej wyspy Króla Maciusia I, wszystkie odświętnie ubrane, w korowodzie, jak na jaki uroczysty pochód. Zdaje mi się, że raz byłam dzieckiem pozbawionym lęku, bo obok kroczył  przecież pandoktor, uśmiechał się trzymając moją maleńką rączkę w swej ojcowskiej dłoni. To znów szłam pod postacią Doktora Korczaka, który myślał kiedyś nad dokonaniem eutanazji na swoich podopiecznych, a jedyne co teraz mógł zrobić, to dodawać im otuchy. I być z nimi do końca.

Czy przeżyłam śmierć Doktora i dzieci nie wiem. Raczej nie widzę scen z wagonów bydlęcych wiozących cały korowód do obozu zagłady. Nie czuję lęku, ani bólu. Widzę w tej wizji, która nie jawi się snem, a bardziej przeżytą rzeczywistością, raczej kolorowy świat w okupowanej Warszawie i w wydzielonym skrawku getta. Jest to niesamowite przeżycie, które wymyka się mojemu pojmowaniu świata i nie mieści się w kategoriach realnych zdarzeń. Nie mogłam być Doktorem - myślę. Za to mogłam być którymś z jego dzieci. Ale jeśli mogłam być dzieckiem, to dlaczego nie mogłam być Starym Doktorem? Jednak myśl jest bardzo ulotna i te przeżycia, które zdają się być tak bardzo realne, jak jakaś wizja czy to własnych przeżyć, czy zbudowanych z wyobraźni o podkładzie konkretnych treści, wymyka się mojemu myśleniu i zdrowemu rozsądkowi.

Czy tak bardzo archetypy zawładnęły moimi emocjami, czy może empatia zdominowała tę noc przy komputerze? Dość, że w głowie roją mi się wspomnienia zdarzeń przeżywanych czy to we śnie, czy na jawie i nie pozwalają nie wierzyć, iż nie uczestniczyłam w wydarzeniach tamtych tragicznych czasów jako Doktor i jego dzieci...

Ot! Podniosłam głowę znad klawiatury i wszystko, cała wizja zniknęła...

Zostało niezbite przekonanie. Ten Doktor nie zawiódł Człowieka. Oddał mu wszystko. Do końca.

Autor: Mary, blog: Mary in Wonderland

Starość jest niedobra, starość jest bezradna. Starość trzeba naprawiać, bo inaczej całkiem się rozsypie. Stary może być człowiek, stara może być książka. Ale to, że jest stara, nie ujmuje jej mądrości:



Mary książkę naprawiła:



Książkę ważną:



Książkę, która uformowała Maryosobowość:



Dzięki której magia stała się czymś oczywistym - 



- i dzięki której oczywista stała się pokora przed Nienazwanym...

***

Mary nie lubi starości. Rozczulają mnie starzy ludzie.

Dziadek w Stokrotce, który mając w koszyku bochenek chleba, medytuje przy lodówce z nabiałem, po to, aby zamienić go na pół bochenka, i wziąć też najtańsze mleko.

Starszy siwy pan na spacerze z równie siwym psem - kiedy nie wiadomo, który którego prowadzi...

Babcia w oknie, wyglądająca: przyjdą, czy nie przyjdą...?

***

Mary nie lubi starości.

Wszystkie stare książki natychmiast bym przygarnęła i posklejała.

***

Mary nie lubi starości.

Kiedyś, kiedy już zostanę Kajtusiem Czarodziejem, wymyślę Eliksir Długowieczności i Szczęścia, żeby nikt nie był stary i smutny.

I jeszcze Kamień Filozoficzny, jako lekarstwo na ludzką głupotę.

No i oczywiście złoto - żeby  kupić wszystkie książki świata.

***

Jak Kajtuś: "Chcę, żądam, rozkazuję...".

***

Autor: Isadora, blog Zwiedzam wszechświat.

Autor: Erich Dauzenroth
Tytuł: "Janusz Korczak. Życie dla dzieci"
Wydawnictwo: WAM, 2012
Ilość stron: 167
Okładka: miękka

"Dlaczego poszedł w końcu z tymi dziećmi... do pieca? Nie po to, aby zostać męczennikiem, nie aby pokazać, jaki jest nadzwyczajny, lecz całkiem po prostu, aby dzieci przeżyły mniej strachu. Mniej strachu."

Trwa Rok Korczakowski, lecz to nie jedyna przyczyna, dla której warto poświęcić czas tej niepozornej książeczce.
Jej autorem jest profesor Erich Dauzenroth, pracownik naukowy Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Justusa Liebiga w Giessen, współtwórca Centralnego Ośrodka Badań Korczakowskich, założyciel Archiwum Korczakowskiego, od wielu lat zaangażowany w propagowanie postaci Janusza Korczaka i jego dzieła. I choć wiedza na temat Doktora i jego działalności jest w Polsce głębsza, a przynajmniej bardziej obszerna, niż gdziekolwiek na świecie, warto stale ją wzbogacać, propagować i weryfikować ku pamięci troskliwego lekarza i pedagoga, wrażliwego działacza społecznego, wybitnego i szlachetnego humanisty, a przede wszystkim - tego wielkiego przyjaciela dzieci, jakim był Janusz Korczak.

Niniejsza publikacja, choć niepozorna, stanowi istne kompendium wiedzy o życiu i działalności "ojca cudzych dzieci", które pozwoli nam na nowo poznać sylwetkę tego niezwykłego Człowieka - nawet, jeśli nie znajdziemy tu jednoznacznych opinii o nim. To coś więcej, niż biografia - to książka, która ukazuje nam głębię humanizmu, duchowe rozterki i trudne życiowe wybory oraz determinację w dążeniu do realizacji szczytnych ideałów i walce o godność najsłabszych - osieroconych dzieci, których nie opuścił aż do śmierci ten "cichy bohater naszego stulecia" (Władysław Bartoszewski).

Znajdziemy tu składające się na obraz Doktora fragmenty jego korespondencji ze współpracownikami, wychowankami i podopiecznymi (Igor Newerly, Maryna Falska), wspomnienia przyjaciół i znajomych, opinie jego biografki Hanny Mortkowicz - Olczakowej, a także fragmenty pamiętnika samego Korczaka i cytaty z jego książek. Teksty źródłowe uzupełniają komentarze nie tylko autora, lecz również tłumaczki, która zauważając, że Dauzenroth - mimo dążenia do obiektywizmu i niepodważalnego znawstwa tematu - posługuje się nie tylko faktami, lecz także fikcją, przypuszczeniami i sugestiami nie znajdującymi potwierdzenia w źródłach historycznych, co czasem wypacza obraz rzeczywistości i fałszuje sylwetkę bohatera, stara się w swoich komentarzach i przypisach weryfikować opinie autora. Niemniej jednak jest to rzetelna, treściwa publikacja, w której poczesne miejsce zajmuje rys biograficzny Doktora opisujący jego życie i działalność po tragiczną w skutkach deportację do Treblinki w 1942 roku, gdzie trafił wraz ze swoją współpracownicą Stefanią Wilczyńską oraz dwoma setkami dzieci. Sporo miejsca autor poświęcił ostatniej drodze Korczaka, która w zbiorowej świadomości przybiera formę bohaterskiego przemarszu z getta na Umschlagplatz i do wagonów bydlęcych, które powiozą go wraz z dziećmi do obozu śmierci w Treblince. Relacje licznych świadków dramatycznego wydarzenia pozwalają sprostować pokutujący do dziś mit, co zupełnie nie umniejsza tragizmu tej sceny.

"Są dzieci, przy których narodzinach aniołowie załamują ręce, a Pan Bóg ma łzy w oczach (...) Ich imię to legion."

Książka Ericha Dauzenrotha pokazuje nam również pedagogiczny aspekt działalności Doktora - jego genialne, nowatorskie metody wychowania, diagnozowania i terapii dziecięcej, organizację jego szkoły oraz wyjątkowe podejście do małych podopiecznych. Sporo miejsca poświęca także roli, jaką w życiu Janusza Korczaka odegrała religia i wychowanie - ludzie najczęściej chcą go zaszufladkować jako Polaka albo Żyda, syjonistę lub socjalistę, chasydzkiego świętego czy też świętego chrześcijańskiego, podczas gdy naprawdę był... dobrym, kochającym, troskliwym, skromnym Człowiekiem, któremu leżał na sercu los najsłabszych, los dzieci. Po prostu.

"Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat."

"Janusz Korczak. Życie dla dzieci" to starannie opracowana biografia wielkiego humanisty wzbogacona obszerną bibliografią, przypisami oraz fotografiami pochodzącymi z prywatnego archiwum bohatera. To jedna z tych książek, do której sięgnąć powinien każdy - nie tylko w Roku Korczakowskim, ale za każdym razem, kiedy dopadną Was wątpliwości dotyczące charakteru ludzkiej natury.

"Tak wiele należy kochać, a człowiek ma tylko jedno małe serce."

Moja ocena: 4/5

1 ... 16 , 17 , 18 , 19