Prace konkursowe

poniedziałek, 03 grudnia 2012

Autor: Bibliofilka, blog: Gorąca czekolada z cynamonem

Wydawnictwo: W.A.B.
wydanie: sierpień 2012
oprawa: twarda z obwolutą
format: 13,9 x 20,2 cm
liczba stron: 304

"Życie moje było trudne, ale ciekawe. O takie właśnie prosiłem Boga w młodości. - Daj, mi Boże, ciężkie życie, ale piękne, bogate, górne". [107]

Korczak to postać symboliczna, prawie legendarna - odtwarzany obraz wyłania się z wielu opracowań, pism, wierszy, widzimy go kroczącego w ostatnim marszu na Umschlagplatz. Nie chciał on ratować własnego życia i pojechał wraz z dziećmi do Treblinki. Ta legenda przesłania życie, czyny i pisma Starego Doktora. Był przecież postacią rzeczywistą, człowiekiem z krwi i kości - nie żadnym tworem wyobrażeń - jadł, pił, spał, pracował, tworzył.

"Pamiętniki..." stanowią świadectwo autobiograficzne całego życia Korczaka, w szczególności okresu spędzonego za murami getta. Stary Doktor ma 64 lata i czuje się staro, jest schorowany i przybity. Dokuczają mu przeróżne dolegliwości: chore serce, przepuklina, woda w płucach, złamany ząb, kłopoty z pęcherzem, puchnące nogi. Jest w stanie przeddepresyjnym, czasami rano nie chce mu się wstać z łóżka.

"Teraz rok 1942. Maj. Chłodny maj w tym roku. I ta dzisiejsza noc najcichsza z cichych. Godzina piąta rano. Dzieciaki śpią. Jest ich naprawdę dwie setki. Na prawym skrzydle pani Stefa, ja na lewo w tzw. izolatce. Łóżko moje pośrodku pokoju". [str. 12] To jedno pomieszczenie pełniło wiele funkcji. Było kuchnią, szwalnią, kącikiem rozrywek, izolatką, a  nocą zmieniało się w wielką sypialnię. W takich warunkach żył i pracował Stary Doktor. Dni mijały mu na załatwianiu spraw fomanlnych związanych z funkcjonowaniem, a bardziej z utrzymaniem Domu Sierot. Odwiedzał chorych, prowadził zajęcia z dziećmi i spał, ponieważ nocami albo wczesnym rankiem pisał pamiętnik.

Choć swoje zapiski prowadził przez trzy ostanie miesiące, zawarł w nim całe życie. Od dzieciństwa przez młodość po dojrzałość. To takie wspomnienia, refleksje, migawki o codziennym zmaganiu się z problemami, z walką o paczki żywnościowe, o leki, przesycone bezsilnością i poczuciem niemocy. Dlatego też w swoich zapiskach bywa okrutny i nie szczędzi obelg, co do niektórych ludzi, obwinia ich za taki stan rzeczy. Stwierdza dobitnie, że "Dom  Sierot jest teraz domem starców", a getto uczyniło z beztroskich dzieci zniedołężniałych struszków. Pozostaje jednak do końca idealistą, choć zachowuje trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość. A w stosunku do samego siebie - postawę krytycznego dystansu i autoironii.

Z innych wątków tematycznych obecnych w pismach Korczaka przebija się motyw śmierci, samobójstwa i eutanazji. Znajduje się nawet traktat, z propozycją zalegalizowania w przyszłości eutanazji, z przykładami uzasadnień i podań.

Wszystkie jego poglądy, idee, wizje świata, koncepcje wychowawcze, refleksje wyrażają się w różnych formach zapisu. Pamiętnik, elementy reportażu, wspomnienia, bajki, nawet urwane wątki układają się w kunsztowne dzieło, ukazujące psychikę Korczaka. Kolokwialność zderzona z metaforą, poetycka wrażliwość, żywioł mowy potocznej, liczne ironie i autoironie świadczą o doskonałej precyzji pisarskiej i znajomości języka.

Jeszcze parę słów o wydaniu, ponieważ zasługuje ono na osobny akapit. Twarda okładka z obudową, szycie i kremowy, imitujący szlachetną starość papier, wszystko to sprawia, że czytanie jest nie tylko przyjemnością intelektualną, ale również zmysły dotyku i wzroku są bardzo pobudzone. Twarda okładka stylizowana na odnaleziony, gdzieś w starociach notes z zapiskami. Ponadto teść uzupełniają liczne fotografie i kopie zdjęć z oryginału "Pamiętnika".

Ostatni zapis z "Pamiętnika" pochodzi z 4 sierpnia 1942, tuż przed likwidacją Domu Sierot na ulicy Siennej 16. Potem jest tylko pochód w sierpniowym skwarze ulicami getta warszawskiego na Umschlagplatz. Tekst "Pamiętnika"nie jest skończony. Epilogu nie ma. Dopisali go Niemcy. 

Autor: MartaJS, blog: Kura z doktoratem

„Ilekroć, odłożywszy książkę, snuć zaczniesz nić własnych myśli, tylekroć książka zamierzony cel osiąga. Jeśli szybko przyrzucając kartki – odszukiwać będziesz przepisy i recepty, dąsając się, że ich mało – wiedz, że jeśli są rady i wskazówki, to stało się tak nie pomimo, a wbrew woli autora. Nie wiem i wiedzieć nie mogę, jak nie znani mi rodzice mogą w nieznanych warunkach wychowywać nie znane mi dziecko – podkreślam – mogą, a nie – pragną, a nie – powinni...” *

Czy przypuszczałeś, Doktorze, czy podejrzewałeś, że książkę tę będą czytać rodzice sto lat później, w dobie komputerów, internetu, szybkich samochodów, zadziwiających technologii, o których wtedy nawet się nie śniło, będą właśnie snuć własne myśli, może będą szukać rad i wskazówek, ale znajdą dużo więcej, a przede wszystkim – będą dziwić się i zachwycać aktualnością spostrzeżeń, a czasem przerażać aktualnością problemów? Bo to, że czytając Korczaka, mam wrażenie, jakbym czytała książkę współczesną, świeżą, oznacza przecież również to, że nie zrobiliśmy kroku naprzód. Doktor dostrzegał problemy, które dopiero kiełkowały, nowe, a nie zawsze pozytywne trendy – ale jednocześnie zdawał sobie sprawę z narastającego tempa zmian w świecie. Ale czy spodziewał się, że będzie doradzał rodzicom wychowującym dzieci urodzone w kolejnym tysiącleciu?

„Powiadasz: »Moje dziecko.« Nie, to dziecko wspólne, matki i ojca, dziadów i pradziadów. Czyjeś odległe »ja«, które spadło w szeregu przodków. (…) Dziecko jest pergaminem szczelnie zapisanym drobnymi hieroglifami, których część tylko zdołasz odczytać, a niektóre potrafisz wytrzeć lub zapełnić własną treścią.”

W latach 70-tych XX wieku Jean Liedloff spędziła kilka miesięcy wśród Indian z plemienia Yequana i na tej podstawie stworzyła koncepcję kontinuum, które zrewolucjonizowała myślenie o wychowaniu dzieci i zapoczątkowała na Zachodzie nurt rodzicielstwa bliskości. Kontinuum jednostki jest całością, stanowi jednak część kontinuum jej rodziny, które z kolei jest częścią kontinuum klanu, społeczności i gatunku, tak jak kontinuum gatunku ludzkiego stanowi część kontinuum całego procesu życia – pisała. Korczak nie obserwował południowoamerykańskich Indian, ale z ogromną empatią i wrażliwością przyglądał się dzieciom i rodzicom, których spotykał w Warszawie. I doszedł do tych samych wniosków, które kilkadziesiąt lat później sformułowała Liedloff. Koncepcja kontinuum pobrzmiewa niemal w każdej refleksji Korczaka, w każdej myśli, zarówno o niemowlętach, jak i o starszych dzieciach i dorosłych. A przecież „W głębi kontinuum” zostało dopiero dwa lata temu przetłumaczone na język polski i wciąż wydaje się rewolucyjne! Tak nieuważnie czytaliśmy Starego Doktora?

„Każda matka może karmić, każda ma wystarczającą ilość pokarmu, tylko nieznajomość techniki karmienia pozbawia ją przyrodzonej zdolności. (…) Ile razy dziecko ssać powinno na dobę, jak długo leżeć przy piersi? (…) Nie ma ogólnego przepisu. Jak można bez matki i dziecka dawać przepisy? (…) A mączki? Należy odróżniać naukę o zdrowiu od handlu zdrowiem. (…) Powie ktoś: nazwiska o wszechświatowej sławie wyrażają uznanie. Ależ uczeni są ludźmi (…). Milionowe przedsiębiorstwa mają wpływy, to siła, której nie każdy się oprze.”

Pół roku temu recenzowałam tutaj książkę Gabrielle Palmer „Polityka karmienia piersią”, która jest właśnie o tym. Pierwsze wydanie ukazało się ponad 20 lat temu, chociaż po polsku zaledwie dwa lata temu. Kiedy czytałam tę książkę, dziwiłam się, że to, co było problemem 20 lat temu, jest nadal tak bardzo aktualne – wciąż mamy propagandę producentów sztucznego mleka, wciąż kobiety nie karmią piersią, bo wmawia im się brak pokarmu/chudy pokarm/niewłaściwie brodawki/małe piersi i wiele innych, bo nie ma wsparcia dla karmienia naturalnego. Dziwiłam się, bo w dzisiejszych czasach 20 lat to jednak bardzo dużo. A tymczasem sto lat temu pisał już o tym Korczak, pisał dokładnie o tym samym co Gabrielle Palmer, widział problem, alarmował, ostrzegał... Należy odróżniać naukę o zdrowiu od handlu zdrowiem – to jedno celne zdanie odnosi się przecież nie tylko do produkcji sztucznego mleka, mogłoby stać się dziś mottem ostrzeżeń przed zbytnim zaufaniem do producentów farmaceutycznych, którzy nie tylko obiecują wieczne zdrowie po zakupie antybiotyku, suplementu czy kolejnej cudownej szczepionki, ale i podważają wiele naturalnych, darmowych sposobów dbania o zdrowie, budząc wątpliwości, ubocznie podkopując się z wolna, kusząc i dogadzając słabostkom tłumu...

„Może do pokoju małego dziecka potrzeba nie linoleum, a fura zdrowego żółtego piasku, spora wiązka patyków i taczka kamieni? Może deska, tektura, funt gwoździ, piła, młotek, tokarnia byłyby milszym podarkiem niż »zabawa«, a nauczyciel rzemiosł pożyteczniejszy niż mistrz gimnastyki czy pianina. Ale trzeba by z dziecinnego pokoju przepędzić szpitalną ciszę, szpitalną czystość i obawę o zadrapanie palca.”

Nowy trend w wychowaniu dzieci! Skandynawskie czy szkockie przedszkola na świeżym powietrzu, zielone szkoły, ekologiczne rodzicielstwo, Indianie Yequana i ich dzieci bawiące się maczetami nad paleniskiem, hipoteza higieniczna, Montessori... Patyki małe, duże, proste, zakrzywione, rozgałęzione – dobierane z niezwykłą precyzją – każdy coś symbolizuje i każdy trzeba wziąć do domu. Do tego liście, kasztanki, owocki, kamyki szczęścia – ten kto myśli, że przydają się one tylko w szkole do robienia prac plastycznych jest w błędzie(...) Zabawa wodą, błotem a także suchym i mokrym piaskiem (a w zimie śniegiem) jest jedną z najbardziej rozwojowych dziecięcych zabaw. Co więcej, jest to zabawa otwierająca i terapeutyczna. Pomaga tym dzieciom, które boją się porażki i nie angażują w trudniejsze czynności; tym, które są zbyt nieśmiałe i zamknięte w sobie; a także tym, które z różnych przyczyn nie rozwijają się prawidłowo – pisze na początku XXI wieku Agnieszka Stein na stronie Dzikie Dzieci. Jean Liedloff podkreśla wagę uczestnictwa w codziennym życiu zamiast zabawy od tego życia oderwanej, pokazuje przykłady, jak rozwijają się dzieci towarzyszące rodzicom w pracach, a nie zamykane w kojcu z martwymi substytutami rzeczywistości. Z kolei Carl Honore, którego książkę recenzowałam tutaj, ostrzega przed zabieraniem dzieciom dzieciństwa przez posyłanie ich na kolejne rozwojowe zajęcia, pisze o „dziecku zarządzanym” i proponuje, żeby pozwolić dzieciom po prostu być dziećmi... Honore pisze też o zabawkach – za czasów Korczaka nie było jeszcze edukacyjnych multimedialnych zabawek świecąco-grająco-wibrujących, ale jakoś łatwo się domyślić, jakie miałby o nich zdanie.

„Dziecko ma poczucie obowiązku nie narzuconego przemową, lubi plan i ład, nie wyrzeka się prawideł i obowiązków. Żąda tylko, żeby brzemię nie było zbyt ciężkie, by grzbietu nie raniło, by znalazło wyrozumienie.(...) Dziecko chce, by traktowano je poważnie, żąda zaufania, wskazówki i rady. My odnosimy się do niego żartobliwie, podejrzewamy bezustannie, odpychamy niezrozumieniem, odmawiamy pomocy.”

Książki duńskiego psychoterapeuty Jespera Juula o wychowaniu dzieci rozchodzą się jak świeże bułeczki. W Polsce wyszło już kilka tytułów, zapowiadane są następne, Jesper Juul był u nas niedawno i udzielił kilku mądrych wywiadów, m.in. dla Tygodnika Powszechnego. We wszystkich jego książkach brzmi jedna najważniejsza myśl: traktujmy dziecko poważnie. Traktujmy je jak dorosłego, z szacunkiem, zaufaniem. Ono jest kompetentne i chce współpracować. Ostatnio szukałam jakiegoś cytatu z Juula i znalazłam go w napisanej sto lat wcześniej książce Starego Doktora...

„Nie z książek, a z siebie.”

Tak naprawdę można byłoby w nieskończoność przytaczać cytaty z Janusza Korczaka, odnosząc je do współczesnych trendów wychowawczych, w których w dziecku „odkryto na nowo” człowieka, podmiot, poważną, kompetentną osobę, specjalistę od własnego rozwoju; w których zachęca się rodzica do zaufania swojej intuicji, zamiast ślepego stosowania rad z poradników. „Nie ma dzieci, są ludzie” - mówi Korczak i te słowa brzmią przez cały wiek dwudziesty, wiek szalonego rozwoju cywilizacji, a jednocześnie wiek potwornego odczłowieczenia. Brzmią i powracają w nowoczesnych, ale przecież nie nowych koncepcjach. Słyszę w nich głos Doktora. Patrzy na nas, zatroskanych, zapatrzonych w dzieci, szukających porozumienia, przytulających, wspierających, ponoszonych przez emocje, poszukujących, wątpiących – i chyba się uśmiecha...


* Wszystkie cytaty z Janusza Korczaka pochodzą z książki "Jak kochać dziecko", wydanej przez Jacek Santorski  & CO Agencja Wydawnicza w roku 1992 w Warszawie. 

Autor: Zakurzona, blog: Kombajn zakurzonej

Poszukiwanie w internecie tekstów o Korczaku w dużej mierze przypomina obcowanie z uczniami przedstawionymi w Ferdydurke Gombrowicza. Tam „Słowacki wielkim poetą był”, a tu „Janusz Korczak był przyjacielem dzieci”.

Przeważnie wspomina się jeszcze o tym, że zdecydował się pozostać ze „swoimi” dziećmi do końca i zamiast wydostać się z getta odpowiednio wcześniej, poszedł na czele pochodu na Umschlagplatz, by wprowadzić sieroty bezpiecznie do wagonu jadącego w kierunku Treblinki.

Ludzie są zgodni co do tego, że Korczak był wielkim człowiekiem, mam jednak nieodparte wrażenie, że z wieloma z nich jest jak z moim dziesięcioletnim synem, który twierdzi, że jego wzorem jest Albert Einstein, bo był on mądry, był naukowcem i w dzieciństwie nie lubił szkoły. Tłumaczę synowi, że jeśli człowiek chce brać kogoś za wzór, wypadałoby by wiedział na jego temat więcej, niż utarte formułki. Poznał jego życiorys i dokonania.

Cieszę się, że pojawił się pomysł przybliżenia ludziom sylwetki Janusza Korczaka, poprzez stworzenie bloga o tej tematyce, zbudowanego z prac różnych autorów.

Decydując się napisać ten tekst, postanowiłam podejść do tematu poważnie. Czyszcząc konto bankowe przed wypłatą, kupiłam „Pamiętnik i inne pisma z getta” Korczaka i książkę „Korczak. Próba biografii” Joanny Olczak - Ronikier.

Biblioteka, od której dzieli mnie tylko kilka przystanków autobusowych, nie miała w swoich zbiorach tych pozycji, co jest o tyle zastanawiające, że ma wiele „czytadeł”, które zostały wydane w podobnym terminie. Popyt kształtuje podaż i to jest w tym najsmutniejsze chyba.

Udało mi się również przeczytać „Jak kochać dziecko” Korczaka i jego „Momenty wychowawcze” oraz „Pedagogikę żartobliwą”. Obrazu dopełniły wzmianki w kilku książkach Henryka Grynberga, którego uwielbiam, oraz jego esej o Korczaku „Duch ludzki jako sierota” i dwa filmy: „Korczak” Wajdy z 1990 roku oraz dokument francusko-polsko-izraelski „Janusz Korczak – król dzieci” z 2000 roku.

Na tej kanwie oparłam swoje przemyślenia i opinie, i, szczerze mówiąc, zdaję sobie sprawę, że to nadal za mało dla uzyskania pełnego obrazu. Tyle myślałam na ten temat podczas lektury, że chwilami mam problem ze stwierdzeniem, czy to o czym piszę, to wynik zgadzania się z opinią innych autorów, czy moje osobiste wnioski.

Większość jest zapewne wynikiem lektur, bo gdzie mi do Joanny Olczak – Ronikier czy Henryka Grynberga. Oni badają ten temat od wielu lat, ja dopiero zaczynam. Proszę więc wybaczyć, jeśli w tym tekście pojawią się jakieś niespójności lub błędy.

Joanna Olczak - Ronikier nim przystąpiła do pisania swojej książki, szukała śladów Korczaka w księgarniach, co podsumowuje we wstępie do „próby biografii”: „Okazuje się, że Stary Doktor, choć pozornie wśród nas obecny, nikomu nie jest potrzebny. I coraz bardziej się oddala. (…) Człowiek z krwi i kości zamienił się w pomnik.” Jest też dużo prawdy w stwierdzeniu, że męczeńska śmierć Korczaka prawie zupełnie przesłoniła jego życie. Wszystko, co publikował, co postulował w dziedzinie wychowywania dzieci, nawet to w jaki sposób żył, zbladło po jego śmierci. Jakby ona przez swą wielkość, przesłoniła zupełnie tego światłego i dobrego, ale przecież nie idealnego człowieka.

Ludzie w getcie, nawet nie podejrzewając istnienia obozów zagłady, ale mając wątpliwości, czy przeżyją wojnę, w obliczu ciężkich, prawie niemożliwych warunków egzystencji, zaczynali robić zapiski. Notowali swoją codzienność, a ich dzienniki miały być dokumentem zbrodni, a dla tych, co przyjdą później, potwierdzeniem istnienia żydowskiego świata i dowodem życia każdego, kto został na papierze wspomniany. (Zainteresowani mogą sobie sprawdzić „Archiwum Emanuela Ringelbluma”) To te notatki, tworzone na bieżąco, są najprawdziwsze i najbardziej wartościowe. Zapis drobnych upokorzeń, a potem coraz większych, opis problemów z opałem, zdobywania jedzenia – czy to wszystko zostało by uznane za warte opisywania, gdyby autorzy wiedzieli co będzie na końcu?

W obliczu opracowanej na skalę przemysłową zagłady całego narodu, wszystkie wcześniejsze wydarzenia bledną i wydają się do zniesienia. (Wydaje mi się, że czytałam o powyższym u Grynberga, ale mam za sobą tyle literatury dotyczącej Żydów i Holokaustu, że nie jestem w stanie tego dokładniej umiejscowić.)

Gdy człowiek patrzy z dystansu, ma pełniejszą wiedzę, a przede wszystkim zna „zakończenie”, pojawia się tendencja do gloryfikowania jednych zachowań i niedoceniania innych. Wszystko ma inny wydźwięk dla historyka, a inny dla świadka, zwłaszcza gdy ten drugi notuje na bieżąco. Myślę, że ten sam mechanizm zadziałał w przypadku Korczaka. W obliczu takiej śmierci, wcześniejsze działania zbladły. Niesłusznie.

Zresztą, jak słusznie pisze Henryk Grynberg (w „Pamiętniku”, ale możliwe, że jeszcze wcześniej również – być może w „Prawdzie nieartystycznej” lub „ Monologu polsko-żydowskim”), „…pochód dziecięcy na śmierć, jaki poprowadził Janusz Korczak, nie był zjawiskiem odosobnionym”. Sanatorium dla dzieci wywodzących się z warszawskiej biedoty żydowskiej, które od 1926 roku funkcjonowało w Miedzeszynie pod Warszawą, podzieliło los Korczakowskiego Domu Sierot. 22 sierpnia 1942 na czele 250 dzieci na śmierć poszły: wychowawczyni Roza Ajchner i lekarka Tola Minc, a za dziećmi podążyła reszta personelu. (dane z „Pamiętnika” H. Grynberga)

Joanna Olczak – Ronikier wspomina też o innych. W jej książce pojawiają się: „dyrektor internatu dla chłopców przy ulicy Mylnej 18, Aron Koniński i jego żona, którzy razem z dziećmi pojechali do Treblinki”, „Nieznana z imienia pani Broniatowska, kierowniczka internatu Centosu dla dziewcząt przy Śliskiej 28”, „Pan Szternfeld, kierownik internatu Centosu dla chłopców przy Twardej 7” oraz „Personel innych domów opiekuńczych i szpitali”.

Po co o tym wspominam? Zamieszczam te nazwiska, bo uważam że trzeba pamiętać. Że póki się pamięta, powtarza imiona, ci ludzie w jakiś sposób żyją. Nikt im nie stawia pomników, zresztą nawet Korczak chyba nie byłby zadowolony ze stania na cokole, ale można sprawić, by przetrwała pamięć.

Najlepszym świadectwem życia Janusza Korczaka są jego zapiski z getta i starsze publikacje. Wielka szkoda, że wcześniej nie zdążył spisać historii swojej i swoich przodków, choć miał taki pomysł jeszcze w młodości. Później, już w getcie, w urywkowym dzienniku napisze taką przejmującą notatkę, która w zamyśle być może miała przechować pamięć o nim.

Henryk (urzędowe imię: Hirsz) Goldszmit, bo tak brzmiało prawdziwe nazwisko Korczaka, urodził się w 1878 (lub 1879 roku). Jego rodzina była podobno zasymilowana i nie bardzo religijna, ale przecież imię nadano Henrykowi podczas ceremonii obrzezania, babcia (ze strony matki) Emilia była bardzo religijna, a jego ojciec specjalizował się w rozwodach opartych na prawie mojżeszowym i uważał siebie raczej za Izraelitę niż Polaka. Matka zaś, dużo później, po (najprawdopodobniej) samobójczej śmierci ojca ogłaszała, że wynajmuje pokoje uczniom Izraelitom.

Jak pisze Joanna Olczak – Ronikier :„Wzmianka o wyznaniu gwarantowała podopiecznym kuchnię koszerną, przestrzeganie szabatu i innych podstawowych reguł judaizmu. Był to dalej tradycyjny żydowski dom, wbrew twierdzeniom, że Korczak rósł w atmosferze nieróżniącej się niczym od tej, która panowała w polskich rodzinach.” Zresztą nawet gdyby byli w pełni zasymilowani, w tamtych okropnych antysemickich czasach niewiele by to zmieniało. Zastanawiam się tylko skąd podtrzymywanie tego obrazu w czasach obecnych. Żeby Korczak wydawał się bardziej polski niż żydowski? Ciekawe.

Pseudonim Janusz Korczak został zaczerpnięty z tytułu powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego „Historia o Janaszu Korczaku i pięknej miecznikównie”. Henryk Goldszmit pisał pracę na konkurs literacki i potrzebował pseudonimu, posłużył się więc tym, który rzucił mu się w oczy (powieść Kraszewskiego leżała na biurku). W marcu 1899 jego praca zdobyła wyróżnienie w konkursie, ale do ogłoszenia wyników zakradł się błąd zecerski i tak narodził się Janusz Korczak.

Goldszmit miał wówczas dwadzieścia lat i studiował medycynę.

Korczak przez lata pracował jako lekarz, równocześnie rozwijając ambicje literackie, coraz częściej jednak dawało o sobie znać jego powołanie wychowawcy, któremu w końcu uległ. W jego pracach pedagogicznych widać głębokie zainteresowanie tematem i pasję. W powieści „Król Maciuś Pierwszy” stworzył obraz republiki rządzonej przez dzieci i to marzenie w pewnym sensie późnej urzeczywistnił.

W 1907 roku Żydzi warszawscy stworzyli Towarzystwo „Pomoc dla Sierot”, które miało zajmować się osieroconymi i najuboższymi dziećmi żydowskimi. W czerwcu 1909 Henryk Goldszmit wszedł w skład zarządu Towarzystwa i pomysł budowy domu z prawdziwego zdarzenia, który zapewniłby sierotom godziwe warunki życia, zaczął się krystalizować.

W październiku 1912 roku do nowego, jeszcze nie wykończonego domu przybyły dzieci. Dom na Krochmalnej 92 był wspaniały i luksusowy jak na tamte czasy, a jego architektura starannie przemyślana pod kątem użyteczności. Przez lata będzie dawał schronienie, jedzenie, a przede wszystkim wychowanie kolejnym rocznikom biednych żydowskich dzieci. Dom Sierot działał na zasadach demokracji, funkcjonował nawet dziecięcy parlament i sąd, w którym sędziami były dzieci.

W międzyczasie przebrzmiała I Wojna Światowa i pogarszały się stosunki polsko-żydowskie.

W 1919 powstał Wydział Opieki nad Dzieckiem Robotniczym, zaczęto szukać lokalu i kierownictwa domu dla polskich dzieci. Robotniczy internat Nasz Dom powstał w listopadzie tego roku w Pruszkowie pod Warszawą. Korczak dojeżdżał tam raz-dwa razy w tygodniu. Maryna Falska wprowadzała w Naszym Domu wraz z Korczakiem zasady przetestowane wcześniej i sprawdzone w Domu Sierot. W 1927 roku rozpocznie się budowa nowej siedziby na Polach Bielańskich, do której trzy lata później wprowadzą się wychowankowie.

W 1921 w Warszawie wznosiło działalność Polskie Towarzystwo Teozoficzne, którego poglądu pedagogiczne interesowały Korczaka najbardziej. Nie dość więc, że Żydem, był też Korczak masonem. (nie wspominając już o niechcianym i najprawdopodobniej nienarodzonym dziecku, które spłodził w młodości) Ciekawe jak na taką wiedzę zareaguje przeciętny człowiek i ile osób stwierdzi, że to bujdy. Ja sobie tę wiedzę bardzo cenię, bo ona nieco „odbrązawia” ten pomnik, wcale nie odbierając mu przy tym zasług. To nie było życie ucieleśnionego ideału, to było życie prawdziwego człowieka i tym bardziej trzeba je cenić.

Książka „Korczak. Próba biografii.” Jest bardzo cennym źródłem, a autorka starała się o obiektywizm w swoich badaniach nad postacią Henryka Golszmita. Szczerze polecam. Joanna Olczak - Ronikier pisze: „Masońskie wzory można odnaleźć w programach ideowych obu Korczakowskich domów dziecka”. I okazuje się, że były to wzory dobre.

Nastroje antyżydowskie w Europie nasilają się, a Korczak pomiędzy licznymi obowiązkami znajduje jeszcze czas na prowadzenie dodatku do „Naszego Przeglądu”, pisma dla spolonizowanych Żydów. Dodatek, który ostatecznie będzie tworzony przez dzieci, nosi tytuł „Mały Przegląd” i będzie się cieszył bardzo dużym zainteresowaniem czytelników. 1 września 1939 roku ukaże się ostatni numer tego pisma.

W latach trzydziestych Korczak zmaga się z krytyką. Z jednej ze stron jest oskarżany o polonizację żydowskich dzieci, z drugiej o niepotrzebne kultywowanie u wychowanków pamięci o żydowskich korzeniach. Do tego dochodzą jeszcze pretensje dotyczące tego, że w Domu Sierot dzieci żyją pod kloszem, w świecie idealnym i przeżywają szok, próbując się odnaleźć poza murami domu, który zobowiązani są opuścić po ukończeniu 14.roku życia. Janusz Korczak jest coraz bardziej zniechęcony. W 1933 roku wyprowadza się z Krochmalnej.
Rok później udaje mu się po raz pierwszy odwiedzić Palestynę. Mieszka przez trzy tygodnie w kibucu Ein Harod. (W dokumencie „Janusz Korczak-król dzieci” można zobaczyć ten kibuc i posłuchać co ma do powiedzenia ówczesna jego mieszkanka. Polecam.)

W 1935 przestaje współpracować z naszym Domem. Oficjalnie powodem zerwania tej współpracy są różnice w poglądach na funkcjonowanie domu pomiędzy Korczakiem a Maryną Falską, która z nim Nasz Dom współtworzyła. Nieoficjalnie? Po śmierci Piłsudskiego „nadchodził czas rosnących wpływów endecji, coraz bardziej autorytarnych rządów, podejrzliwości władz wobec ludzi myślących niezależnie.”(Korczak. Próba biografii)

W 1936 roku Korczak odwiedza ponownie Palestynę. Tym razem jeździ i poznaje okolicę. Gdy rok później jest w depresji i nie wierzy, że w antysemickiej Europie jeszcze da się żyć normalnie, zaczyna poważnie rozważać emigrację do Palestyny. Obawia się tylko tego czy będzie przydatny – pracować fizycznie nie może, a nie ma pieniędzy na to, by nie pracować, do tego dochodzi jeszcze nieznajomość hebrajskiego.

Korczak pozostaje w kraju. Na fali coraz ostrzejszych nastrojów antysemickich traci swoją audycję w radiu.

W 1939 wybucha wojna i nawet gdyby udało mu się ewakuować cały Dom Sierot, nie mieliby szans na schronienie się w Palestynie. W maju ’39 roku Wielka Brytania pod wpływem nacisków arabskich opublikowała kolejną Białą Księgę ograniczającą Żydom możliwość osiedlania się na tym terenie.

W październiku 1940 roku powstaje w Warszawie „dzielnica żydowska”, do której muszą się przenieść wszyscy Żydzi, także cały Dom Sierot. Zaczyna się ostatni rozdział życia Korczaka.

W getcie Dom Sierot ma dużo gorsze warunki lokalowe i coraz trudniejsze staje się wykarmienie i ubranie tylu dzieci. Po jakimś czasie ludzie na ulicach zaczynają umierać z głodu. Korczak jednak dzielnie walczy o środki na utrzymanie domu, chodzi po bogatszych domach, organizuje pieniądze i pomoc materialną. Jego dzieci chudną, kiepsko się odżywiają, ale na tle innych mieszkańców getta, nie głodują. Jednak na scenę w „Korczaku” Wajdy, mając świadomość, że niedługo ludzie będą się dobrowolnie zgłaszać na Umschlagplatz licząc na obiecany kawałek chleba i marmoladę z brukwi, patrzę jak na jakieś kuriozum. W tym filmie, Korczak w getcie wraz wychowankiem i dwójką wychowawców jedzą sobie w kuchni jajecznicę… Na ile to prawdopodobne?

Janusz Korczak zawsze starał się wychowywać swoje dzieci „do lepszego świata”. Nie wiedział, że większość z nich tego świata nie doczeka.

Wiedział jak ważne jest zachowanie przynajmniej pozorów normalności. Jak istotne jest zorganizowanie zajęć angażujących umysły i serca. Chciał, by dzieci mogły się bawić, tworzyć, normalnie funkcjonować mimo piekła, z którym przyszło im sąsiadować przez ścianę. Dom funkcjonował dużo skromniej, ale w dawnym rytmie. Odbywały się nawet przedstawienia. Dzieci były chronione do końca, w dużej mierze to zasługa determinacji i siły charakteru Korczaka. Gdy zaczęło się wywożenie ludzi do obozów zagłady, Janusz Korczak długo sądził, że zgodnie z obietnicą którą wymógł na Judenracie, Dom Sierot nie zostanie wywieziony. Były chwile kiedy zaczynał wątpić. W getcie było tak źle, że wywiezienie na roboty, czy przesiedlenie na wschód, czym niby miały być wywózki, nie wydawało się aż tak strasznym pomysłem.

Kiedy czytałam jego rozważania na ten temat, wszystko się we mnie buntowało. Byłam zdziwiona tym, że mógł uwierzyć, że odchodzące codziennie wagony nie wiozą ludzi na śmierć. Dopiero po chwili się opamiętałam. Gdy czytam to po latach w wygodnym fotelu, znając koniec historii Korczaka, łatwo mi widzieć w tym naiwność. Człowiek w sytuacji ekstremalnej czepia się każdego okruszka nadziei. (Polecam dokument o jednej z ocalałych, która przeżyła dzięki temu, że w chwili gdy była już zamknięta ze swoją grupą i czekała na śmierć, zabrakło gazu. Film nosi tytuł „Nadzieja umiera ostatnia”)

Korczak, jak większość wówczas, nie chciał uwierzyć w Zagładę. W mordowaniu tylu ludzi, których można było wykorzystać choćby do pracy na rzecz Rzeszy, nie było żadnego sensu. Tylko że nazistom sens nie był potrzebny. Nigdy nie jest.

Podobno proponowano Korczakowi zorganizowanie jego ucieczki z getta. Grynberg pisze, że jeśli tak było, nie ma co się dziwić, że odmówił. Ucieczka byłaby zaprzeczeniem wszystkiego czym kierował się w życiu. Czy jako ojciec i matka w jednym mógłby pomyśleć o zostawieniu swoich dzieci? I dlaczego nikt nie proponował wydostania z getta jego sierot. Przecież niektórym dzieciom pomagano w ten sposób. Na to na pewno by się zgodził.

Nie zaproponowano jednak, a i zapewnienia Judenratu na niewiele się zdały. 5 sierpnia 1942 roku Dom Sierot został wyprowadzony.

Przez lata powtarzano opowieści o wesołym pochodzie. O tym, że dzieci śpiewały i machały chorągiewkami. Kto w tych warunkach, zmęczeniu, wycieńczeniu i strasznym upale miałby siły i ochotę na śpiew? Dzieci wierzyły Korczakowi, ale nie były głupie. Korczak podtrzymywał je na duchu, uspokajał. Wszyscy poszli spokojnie, niosąc sztandar. Jednak Janusz Korczak, który był zwolennikiem mówienia prawdy i uprzedzania dzieci o tym, co ich czeka, przygotowywania ich na każde zdarzenie, nie byłby w stanie mówić im o wycieczce. Nie zniósłby chyba psychicznie tej radości dzieci idących na śmierć. Nawet gdyby uwierzyły.

Ostatni żyjący świadek tego marszu na Umschlagplatz, opowiedział o nim po latach. Wypowiada się w dokumencie „Janusz Korczak- król dzieci”. Marek Rudnicki, syn lekarza zaprzyjaźnionego z Korczakiem, odprowadził Dom Sierot do wagonów.

Mówił o upale, zmęczeniu, o tym, że widać było, że taki scenariusz przeraził Korczaka. Że był zdruzgotany. A mimo to, do końca chronił swoich podopiecznych. Wszyscy szli spokojnie i równie spokojnie zapełnili wagony.

U Wajdy jest jeszcze jedna scena, która przyprawiła mnie o ból zębów. Scena, w której jakoby ktoś jeszcze przy wagonach wykrzykuje do Korczaka, że ma dla niego dobry paszport. Pokazuje ten paszport żandarmom, że to dobry paszport. Robi jakieś głośne przedstawienie chcąc wyszarpać Korczaka z tłumu.

Rudnicki mówi, że nikt do Korczaka nie podchodził. Janusz Korczak obejrzał się jeszcze, nim wsiadł. Rudnicki początkowo sądził, że pedagog patrzy na niego. Dopiero później sobie uświadomił, że było to spojrzenie człowieka skrajnie przerażonego. Człowieka, który jednak mimo strachu, pozostał sobie wierny do końca.

Za każdym razem, gdy o tym myślę, jestem zdruzgotana tą historią. Równocześnie jednak pojawia się w mojej głowie inna myśl. Gdyby Korczak jakiś cudem przeżył, został w Polsce i doczekał roku 1968, jak obeszliby się ci sami Polacy, którzy potem tak chętnie stawiali mu pomniki i nadawali jego imię szkołom?

Henryk Grynberg w eseju „Duch ludzki jako sierota”(Prawda nieartystyczna) pisze: „Większość wschodnioeuropejskich oficjałów, włącznie z polskimi, którzy przemawiali 31 maja 1978 roku w Warszawie z okazji Międzynarodowego Roku Korczakowskiego, a później przy odsłonięciu kamiennego pomnika w Treblince, zupełnie zignorowała fakt, że nauki Korczaka o prawach dziecka jako człowieka, wolności wyboru oraz wolności wyrażania poglądów na demokratyczno-parlamentarnych zasadach, są jak najbardziej sprzeczne z tym, co oni reprezentowali. Co więcej, Korczak, który był bezkompromisowym przeciwnikiem przemocy fizycznej i psychologicznej wobec dziecka, a zwłaszcza urabiania dzieci według wzorów służących interesom państwa, religii czy klasy społecznej, z pewnością nie miałby prawa praktykować w Polsce komunistycznej w żadnej z dziesiątków szkół ani w żadnym z domów dziecka, którym nadano jego imię.”

Przeraża mnie myśl, że choć męczeńska śmierć Korczaka przesłoniła w jakimś stopniu dokonania jego życia, to jednak dzięki niej został uznany i doceniony w kraju, w którym żył.

Czy gdyby przeżył, nie wołano by za nim, że jest Żydem i masonem (traktując te określenia jako obelgę)? Czy nie proponowano by przeprowadzki na Madagaskar?

A dziś? Jak byłby traktowany dziś?

Mówi się, że historia jest okrutna. To nie historia, to ludzie.

Chciałabym, żeby o tym pamiętano. Sama nie chcę zapomnieć. 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19