O Korczaku

sobota, 09 czerwca 2012

Ostatnia droga Korczaka to pokazanie jego życia w zwolnionym tempie. Przed oczyma przesuwa się pochód, wolno, miarowo, czas zdaje się zastygać na zmęczonej twarzy Doktora i jego podopiecznych. Ostatnia droga. Droga po śmierć. My współcześni, tak zabiegani, skupieni na pogoni za życiem, powinniśmy się zatrzymać na chwilę, aby na nich spojrzeć. Idą zwartą grupą, w szeregu, skupieni, gotowi. Dzieci nie do końca wiedzą, co się dzieje. Korczak wie aż za dobrze, ale nie okazuje strachu. Ten widok wrył się w pamięć świadków. Pozostał w ich snach, powracał w koszmarach.

Wędrówkę Starego Doktora oraz całego Domu Sierot na warszawski Umschlagplatz pamięta wiele osób. To wstrząsające świadectwa, które pokazują najokrutniejsze oblicze wojny. Wiemy już, że Korczak przygotował swoje dzieci do tej podróży. Nie skorzystał także z wielu możliwości ucieczek, jakie mu oferowano. Pozostał z dziećmi, a jego ostatnia droga była manifestem. Pokazała godność jego i dzieci, pokazała siłę. Była dowodem na to, że Niemcy nie byli w stanie złamać ducha Korczaka, choć przecież był już wtedy wrakiem człowieka.

Oto wspomnienia tamtej chwili. Poruszające, nierealne, a jednak – boleśnie prawdziwe.

Nachum Remba[1]

„Raport z Umschlagplatzu”

(…) Nagle pan Sz. (Szterling, żydowski komendant Umschlagplatzu, nazywany przez Niemców „żydowskim katem”) rozkazał wyprowadzić internaty. Na czele pochodu był Korczak. Nie! Tego obrazu nigdy nie zapomnę. To nie był marsz do wagonów, to był zorganizowany niemy protest przeciwko bandytyzmowi! W przeciwieństwie do stłoczonej masy, która szła jak bydło na rzeź, rozpoczął się marsz, jakiego nigdy dotąd nie było. Wszystkie dzieci ustawione w czwórki, na czele Korczak z oczami zwróconymi w górę, trzymał dwoje dzieci za rączki, prowadził pochód. Drugi oddział prowadziła Stefania Wilczyńska, trzeci – Broniatowska (…). Były to pierwsze żydowskie kadry, które szły na śmierć z godnością, ciskając barbarzyńcom spojrzenia pełne pogardy. Zapowiedziały one, że przyjdą mściciele naszej tragedii (…). Nawet Służba Porządkowa stanęła na baczność i salutowała. Gdy Niemcy zobaczyli Korczaka, pytali: „Kim jest ten człowiek?”. Nie mogłem dłużej wytrzymać. Łzy pociekły z mych oczu, ukryłem twarz w dłoniach. (…) W nocy zdawało mi się, że słyszę tupot dziecięcych nóżek maszerujących w takt pod kierownictwem swych wychowawców. Słyszałem rytmiczny bezustanny stukot kroków w nieznanym kierunku. (…).

Edward Gadomski

„Kres wędrówki”

Ubrane odświętnie, w drelichowych niebieskich mundurkach, wśród szarego, stłoczonego tłumu sprawiały wrażenie jakby bukietu niebieskich kwiatów polnych. Ich przerażone twarzyczki, wystraszone oczy, świadczyły o przeżyciach wewnętrznych. Wśród dzieci – sztywny, wyprostowany Korczak z twarzą-maską i sękatym kijem wędrowca w ręku. Pozornie opanowany.

Zauważył mnie. Blada twarz o wpadłych oczach skrzywiła się w uśmiechu. Milczał. Tak, zaiste: chwila nie nadawała się do prowadzenia rozmów. Słowa grzęzły w krtani. Ponure milczenie było wymowniejsze od banalnych słów. (…) Ocierałem zimny pot (…). Oto kres wędrówki. Oto finał jego niestrudzonego żywota: zginąć w komorze gazowej razem z dziećmi.

Nagle powstał ruch. (…) Zbliżali się „napędzacie” do wagonów. Jak na komendę, dzieci ustawiły się w rząd. W kolejności: najmłodsze, prowadzone przez freblanki, za nimi starsze. Ruszyli. Na czele Janusz Korczak. Miarowym, żołnierskim krokiem, wyprostowany jak struna, szedł prosto przed siebie. (…) Dzieci trzymały się kurczowo za rączki, starały się dotrzymać kroku Korczakowi. Dochodzili do wagonów. (…)

Po niedługiej chwili słyszałem raport służbowy, który złożył jeden z Służby Porządkowej swemu przełożonemu: „Melduję posłusznie, że sierociniec Korczaka został załadowany”.


[1] Teksty za: Janusz Korczak. Źródła i studia: Wspomnienia o Januszu Korczaku, red. Lewin A., Warszawa 1981.

TEKST POCHODZI Z BLOGU KSIĄŻKI ZBÓJECKIE.

Wspomnienie. Może być ulotne, ale można je zatrzymać. Najlepiej na kartkach papieru, żeby potomni mogli potem czytać, myśleć, interpretować. Starego Doktora wspomina wielu. Wychowankowie, współpracownicy, twórcy. Każdy dokłada swoją cegiełkę do tworzenia portretu Korczaka, który wciąż pozostaje niepełny. Stary Doktor widziany oczami dzieci poruszał. Był ojcem, przyjacielem, przewodnikiem. A kim stał się dla wychowawców? Co im dał, co po sobie zostawił?

Pisząc o Korczaku, zagłębiamy się w jego działalność na rzecz dzieci, myślimy o męczeńskiej śmierci. Czyny, gesty, pomysły. Ofiarowana miłość i oddanie. A przecież Korczak, to nie tylko działacz – to również przykład dla innych i prekursor. To on przecierał szlaki. Przedarł się przez warstwę przyzwyczajenia, stereotypów i schematów, które mogły jedynie szkodzić dzieciom. Stał się nie tylko nauczycielem dla innych. Stał się także wychowawcą wychowawców. To właśnie oni dzisiaj przemówią. Pozwólmy im powspominać, wsłuchajmy się w opowieść o wielkim człowieku – o autorytecie.

Matylda Temkin[1]

„Praktyk, badacz, nowator"

Pamiętam, jak uczył mnie myć głowę dziecka, strzyc włosy, tak by nie bolało. Zwracał uwagę, aby małego dziecka nie brać mocno za rękę, bo małe, słabe i ból odczuwa. Nieraz Korczak głosem pełnym smutku opowiadała o krzywdzie dziecka, z jaką spotykał się w sądzie, gdzie był rzeczoznawcą w sprawach nieletnich. Opisywał wypadki pogryzienia dzieci przez szczury w suterenach. Nie mógł się pogodzić z krzywdą dziecka i dlatego tak często bywał smutny.

Z dziećmi jednak zawsze był inny (…). Ile inicjatyw wykazywał, ile miał pomysłów, by ubarwić życie swych małych przyjaciół. Oto na przykład zaimprowizowana orkiestra na koloniach letnich, w której Pan Doktor grał na trąbce, czy też teatrzyk cieni w Pruszkowie, gdzie śmiał się serdecznie z pomysłów chłopców. Oto wesołe konkursy obierania kartofli, udział w zabawie w ciuciubabkę.

(…)

Duże znaczenie przypisywał Doktor profilaktyce w wychowaniu. Znał dzieci, wiedział, że nie każde ma jednakową potrzebę snu. Badał tę sprawę m.in. w Naszym Domu (już na Bielanach).

Henryka Kędzierska

„Przedziwny człowiek”

Byłam jedną z trojga „szczęściarzy” na swoim roku, którzy uzyskali stypendium Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, umożliwiające praktykę pedagogiczną w Naszym Domu na Bielanach. Pierwszego października 1930 (lub 31 roku) w towarzystwie podobnych „przemądrzałków” stanęłam przed obliczem doktora Korczaka. Oczywiście, byłam przekonana, że powitanie będzie uroczyste, a przynajmniej serdeczne… Nie, absolutnie nic z tych rzeczy!

Szczupły, łysy, niepozorny starszy pan w szarym kitlu ledwo uścisnął nam ręce, popatrzył znad drucianych okularów jak na powietrze… I poszedł sobie. Ani cienia zachwytu, ani odrobiny zainteresowania.

(…)

Od czasu do czasu wychodzi Pan Doktor ze swego gabinetu. I zaraz – jak szpilki do magnesu – przyczepiają się do niego dzieciaki. A ten zadumany mruk śmieje się do nich. Śmieje się rzeczywiście. I słucha bzdur dziecinnych z całą uwagą, z przejęciem… (a dla nas nie miał czasu chociażby na dwa słowa!). (…) Podsumowałam ten pierwszy dzień jednoznacznie: „Stary dziwak z tego wielkiego niby filozofa!”

(…)

Na wieczornych konferencjach z Panem Doktorem my, praktykanci mówiliśmy o swoich trudnościach lub sukcesach wychowawczych. Doktor słuchał, radził. Czasem kpił, ale zawsze był bardzo oszczędny w słowach. (…) W głosie Doktora brzmi tyle smutku, bólu, żalu, bezradności. (…) A ja pierwszy raz zdumienia swego nie mogłam skwitować ironicznym określeniem „Stary Dziwak”. (…) Zaczęłam rozumieć, że ten „przedziwny człowiek” dla uchronienia dziecka przed krzywdą byłby gotów uczynić wszystko co możliwe i co niemożliwe.

Władysław Żelazko

„Co, ciężko jest?”

Kiedy na początku lat trzydziestych jako młody nauczyciel zostałem wychowawcą w Zakładzie im. Żeromskiego w Łodzi, który już wtedy prowadzono według wskazań Korczaka, byłem zrozpaczony. Jako młody nauczyciel byłem w szkole uważany za najlepszego wychowawcę. A tu zupełnie nie dawałem sobie rady. Codziennie wracałem do swego pokoiku w stanie depresji, z utratą wiary w siebie.

W zakładzie istniał sąd i dyżury jako najistotniejsze elementy organizacji pracy wychowawczej w zastosowaniu do stu pięćdziesięciu dość agresywnych chłopców wieku 16-18 lat. Do sądu musiałem się przekonać. W pierwszym okresie mojej pracy w zakładzie silnie przeżyłem własną sprawę sądową. Wracaliśmy z wycieczki i jeden chłopiec „podał mnie na sprawę”, bo zachowałem się wobec niego nietaktownie. Byłem tym wstrząśnięty. Tkwiła we mnie nauczycielska żyłka: nauczyciel zawsze musi mieć rację. I na to, żeby przejść od tej postawy do takiej: „Ja cię przepraszam, popełniłem wobec ciebie nietakt” – musiałem przebyć trudną dla mnie drogę. Z trzydziestu sześciu paragrafów korczakowskiego kodeksu sędziowie wybrali jeden: „Sąd przyjmuje do wiadomości”. Znaczyło to, że sąd w naszym zakładzie uznał moje oświadczenie, iż przepraszam wychowanka, wobec którego postąpiłem niewłaściwie. Kiedy widziałem, że stu pięćdziesięciu chłopców przyjmuje lojalnie moje oświadczenie, co więcej, że nie tracę nic z autorytetu, lecz przeciwnie – zyskuję, od tego wydarzenia przestawiłem się z nauczyciela w wychowawcę. Mówię o tym osobistym przeżyciu, ponieważ sądzę, że wszyscy, którzy wypróbowali system Korczaka, mieli podobne doznania. Miotaliśmy się między stanami pesymizmu i optymizmu.


[1] Wszystkie fragmenty pochodzą z: Janusz Korczak. Źródła i studia: Wspomnienia o Januszu Korczaku, red. Lewin A., Warszawa 1981.


Wykorzystane zdjęcia pochodzą ze strony Przystanek Korczak.

TEKST POCHODZI Z BLOGU KSIĄŻKI ZBÓJECKIE. 

Janusz Korczak

Panie Doktorze! Panie Doktorze! Pan przyjdzie tu na chwilę, to powspominamy… Nie przyjdzie. Już nie może. Sami więc pogadamy, przywołamy obrazy sprzed lat, kiedy to Stary Doktór robił te swoje czary, dzieci zaklinał. Przy nim były grzeczniejsze. Ale jak to? Łobuz, co narozrabiał, teraz nagle zaczyna się zwierzać? Jakiemuś dorosłemu…? Dziewczynka, co łzy w poduszkę wylewa, zasypia spokojnie, bo Pan Doktór jest blisko? Panie Doktorze, te dzieci wyrosły, pamiętają o Panu i wszystko opisały. Dzisiaj to one – te dorosłe już dzieci, zabiorą głos.

Wspomnienia to chyba najlepsza forma opowiadania o tych, którzy już odeszli. Można używać górnolotnych słów, wielu przymiotników, ale to przecież czyny i dawne emocje budują pomnik. Taki pomnik Korczaka, zlepiony ze wspomnień wychowanków, to świadectwo zaskakujące. Pełne wdzięczności, miłości, uśmiechów – ale nie tylko. Wyłania się Stary Doktor jako wychowawca, często surowy, ale zawsze konsekwentny, mądry obserwator, który łagodzi ból, uczy, daje poczucie bezpieczeństwa. Niech więc przemówią wychowankowie. Będziemy słuchać ich opowieści, czuć się jak w domu - w sierocińcu na Krochmalnej…, w Pruszkowie... A to wszystko za sprawą znakomitego zbioru Wspomnienia o Januszu Korczaku, wydanego w 1981 roku. To wyjątkowa książka, w której zgromadzono wspomnienia nie tylko byłych wychowanków, ale także innych wychowawców, współpracowników Korczaka. Te świadectwa, wciąż żywe i pełne emocji, składają się na obraz osobowości niezwykłej, zaangażowanej i pomysłowej. Stary Doktor to nie legenda, ale ktoś, kto wciąż istnieje – w praktyce wychowawczej, literaturze i opowiadaniach, przekazywanych sobie z pokolenia na pokolenie. Zatrzymajmy się na chwilę w biegu. Posłuchajmy[1].

Mirosława Szulcowa

Osobiście prawie go nie pamiętam (…). Leczył mnie w okresie mego wczesnego dzieciństwa. (…).

Mama wspominała, że doktor Goldszmit był jedynym człowiekiem, który potrafił mnie uśpić. Wypraszał wtedy wszystkich z pokoju. Głaskał moją rączkę, zachwycał się ponoć długimi delikatnymi paluszkami… Monotonnym cichym głosem opowiadał o każdym paluszku. Dmuchał, usypiał każdy z osobna. Gdy doszedł do dziesiątego z kolei, zmęczonego i sennego paluszka – już zazwyczaj spałam. Przesypiałam noc bez lęków i budzenia się. W ten sposób wytwarzał poczucie spokoju i bezpieczeństwa[2].

Maria Taboryska

Pamiętam pewne zdarzenie sprzed lat, gdy mieszkaliśmy już na Bielanach. Od czasu do czasu strzyżono nas. Strzyżenie to było bardzo niewymyślne, po prostu „pod miskę”, to znaczy w taki sposób, jakby na głowie umieszczono miskę, a wszystkie znajdujące się poniżej jej brzegu włosy obcinano nożyczkami. Mnie ostrzyżono w ten sam sposób. Ponieważ w tym czasie uczęszczałam już do szkoły średniej, przewidywałam drwiny koleżanek szkolnych. Gdy tylko Pan Doktor zjawił się u nas, natychmiast opowiedziałam mu o swoim niepokoju. Po wysłuchaniu moich żalów przyznał mi rację i poradził, abym udała się do pani Maryny z prośbą o pieniądze na strzyżenie u prawdziwego fryzjera. Była to rzecz bez precedensu. Ku mojemu zdumieniu pieniądze otrzymałam i natychmiast pobiegłam na Marymont, gdzie wówczas znajdował się zakład fryzjerski. Zostałam ostrzyżona „na chłopczycę”, gdyż nic innego nie można było zrobić z już ostrzyżonymi „pod miskę” włosami. Ponieważ była to modna wówczas fryzura, kilka dziewczynek poszło w moje ślady, poświęcając często piękne warkocze[3].

Samuel Gogol

Nie baliśmy się Korczaka, kochaliśmy go. Gdy siedziałem u niego na kolanach, był dla mnie więcej niż ojcem. Rosłem w domu babci, wśród ciotek, ale bez ojca. Zapamiętałem Korczaka jako człowieka łagodnego, z którym można o wszystkim mówić. Widziałem w nim cały świat. Dyskutował z nami, opowiadał, a my dorzucaliśmy swoje uwagi. Czytał nam rozdziały swych książek. Ja nie zawsze miałem odwagę mówić do niego, łatwiej mi było napisać, co myślę, wolałem więc dawać swój dzienni. Wiedzieliśmy, że jest Żydem[4].

Niemalże w każdym wspomnieniu byłych wychowanków pojawia się… sąd. To chyba najbarwniejsza i najodważniejsza forma wychowawcza Korczaka. W Domu Sierot organizowano posiedzenia sądu, w którym dzieci wylewały swoje żale, oskarżały się, broniły – a sprawiedliwy sędzia na podstawie zebranych faktów podawał wyrok. Nawet sam Stary Doktor nieraz musiał stawać przed majestatem, bo zdarzało mu się dziecko urazić, może nawet obrazić. Te sceny utkwiły w pamięci, dla jednych jako wspaniała zabawa, dla innych jako coś pouczającego, a dla jeszcze innych – jako zwykła głupota…

Sara Kremer

Janusz Korczak kierował zakładem według swego własnego systemu. Każde dziecko, które miało w sercu jakiś żal do kogoś, wypisywało swą skargę na tablicy. Kto miałby się zająć taką sprawą? Sąd. Sędziów wybierano spośród dzieci w tajnym głosowaniu. Dzisiaj wydaje mi się to dziecinadą. Ale w owym czasie, gdy sama sprawowałam urząd sędziego, odczuwałam satysfakcję. Stawałam zawsze po stronie oskarżonego dziecka i zazwyczaj proponowałam, aby mu jeszcze dać okazję do poprawy.

Zdarzyło się kiedyś, że Doktór pokpiwał sobie z jednej dziewczynki, a ta obraziła się i podała go do sądu. Wtedy jako sędzina powiedziałam, że nie wolno go sądzić, bo to przecież Pan Doktor, ważna osobistość. Dzieci jednak zdecydowały: „Nie. On także może się mylić”. I wtedy poprosiłam, aby wydano łagodny wyrok…[5]

Seweryn Nutkiewicz

Wrócę do sprawy naszej republiki dziecięcej, której ustrój przypominał instytucje w społeczeństwie dorosłych. Był sąd, był kodeks, było samorząd, brakowało tylko partii politycznych. Pytam, czemu to miało służyć? Niektórzy twierdzą, że Korczak chciał wychować porządnego człowieka. A co to znaczy „porządny człowiek”?[6]

Seweryn Nutkiewicz krytykuje Korczaka w bardzo wielu kwestiach, dając do zrozumienia, że wychowawca nie jest postacią idealną, kryształową. Nie traktujmy tego jako zarzut – przecież Stary Doktór to tylko człowiek. Nutkiewicz uważa, że pedagog nie przygotował dzieci na dorosłe życie. Dom sierot był utopią, poza nią wychowankowie musieli zetknąć się z brutalną rzeczywistością, w której nic nie jest sprawiedliwe i łatwe. Pomimo tego autor tekstu zaznacza, że Korczak był dla niego ważnym autorytetem i żywi wobec niego wiele ciepłych uczuć. Tak jak wszyscy wychowankowie, którzy chętnie wspominają starszego pana, z lekkim, ciepłym uśmiechem na ustach i błyskiem w oku. Tak go pamiętają i tak kojarzymy go my – współcześni. Mijają lata, przemijają także ci wychowani w korczakowskim domu… To wielka ulga, że ich wspomnienia, cenne chwile, wspaniałe obrazy, zostały uchwycone na papierze i na zawsze będą świadectwem. Jedynym w swoim rodzaju.


[1] Wszystkie cytaty pochodzą z: Janusz Korczak. Źródła i studia: Wspomnienia o Januszu Korczaku, red. Lewin A., Warszawa 1981.

[2] Tamże, s. 40.

[3] Tamże, s. 63.

[4] Tamże, s. 103.

[5] Tamże, s. 47.

[6] Tamże, s. 86.


Zdjęcia zostały zaczerpnięte ze strony Korczakianum oraz oficjalnej strony roku Korczakowskiego. 

TEKST POCHODZI Z BLOGU KSIĄŻKI ZBÓJECKIE. 

 
1 , 2